środa, 11 lutego 2015

Orkiestra gra...

Każdego dnia zadaje sobie pytanie i każdego dnia znajduje odpowiedź.
- Wiesz najważniejsza jest dyscyplina. Każdego dnia idziesz z psami na spacer. Siadasz na ławce w kuchni, ubierasz narciarskie buty, zapinasz.
- ...
Każdego dnia. Orkiestra stroi instrumenty Słonina, Bekon, Fiona. Fiona na końcu staruszka. Słonina wiedzie prym, mimo że Bekon jest młodszy. Słonina tu rządzi.
Ubieram w końcu te buty i narty i idziemy. Psy walczą o przewodnictwo...

- Wiesz, najważniejsza jest dyscyplina.

Dyscyplina. Bekon wpada codziennie do obejścia Tereski. Staram się żeby to wpadanie nie miało miejsca w godzinach wczesno rannych. Wpada i gada sobie z sąsiadami.
- Co tam u Was słychać?
- wrrr.chau...chau. Super mamy się nieźle.
Bekon do domu!
Spojrzał na mnie spodełba.
- Dobra idę.
Idzie. widzę go. Dookoła śnieg i śnieg.
Orkiestra gra

cdn..

poniedziałek, 9 lutego 2015

Kolejność odśnieżania

Zima atakuje, paraliż, nieprzejezdne drogi. Drogowcy jak zwykle zaspali. Ło Matko Kochana.. Na Jaworzynach zima nie jest nam straszna. Gdybyśmy cofnęli się tak z 50 lat i pogadali z Ojcem Mietka, Bogdana..jak myślicie co by nam powiedzieli. W piątek zepsuł mi się samochód, ale mam sąsiadów. Gdybym była sama, ale byli goście których trzeba było odebrać z dołu. Dzięki wielkie Tadeusz Korabik. Dzisiaj nie musiałam iść 7 kilometrów żeby go odebrać i znowu sąsiedzi. Ania. Bo dla n...as w takich miejscach liczy się drugi człowiek, bo nas zima nie zaskakuje. Ci ludzie wiedzą od pokoleń że po jesieni przychodzi zima i zwykle bywa ostro.
- Takie zimy jak teraz bywają, tyle śniegu, to jest nic.
Mówi Bogdan.
Często pytacie mnie jakie mam stosunki z "miejscowymi" Oni są tu od pokoleń, ja "miastowa". Za każdym razem cieszę się że możecie sami odpowiedzieć sobie na to pytanie. Widocznie mam niesamowite szczęście...kolejność odśnieżania dowolna, jednak zwykle idę do koziarni, później do kur aa..zapomniałabym jeszcze trza przynieść drwa i napalić tu i ówdzie. Kolejność odśnieżania dowolna...moi Drogowcy też zaspali.
Dzisiejszy ranek skłamałbym gdybym powiedziała że jest pięknie. Otworzyłam oczy i tak jeszcze na granicy "snu i jawy" wstaje dzień, czuję ciepło Bekona .Z dołu słyszę popiskiwanie Słoniny. Waldek jak zwykle czeka na swoje śniadanie. Wstaje bo te dźwięki pobudzają mnie do działania. Bo budzi się kolejny dzień. Wstaję i nie będę Wam tu wmawiać że jest pięknie i sielankowo, nie jest. Za oknem ledwie świt, takie czerwone smugi znad Kotonia. To słońce. Lubię obserwować jak wschodzi, wtedy niebo przybiera niesamowite odcienie czerwieni, burgundu i żółci. Bywa że niebo jest szare szarością poranka. Wstaję bo w piecu trzeba napalić, otworzyć kurnik, kozom sypnąć owsa. Wstaję i tak sobie myślę, że to wstawanie ma sens. Każde wstawanie ma sens. Bo życie ma sens. Ważne żebyśmy go znaleźli. Wielu z nas budząc się rano mówi.
- Tak!
Ważne jest żebyście już "pod powiekami" powiedzieli.
- Tak!
Wielu z nas zadaje sobie to pytanie. Ważne żebyśmy mimo upadków, pytań. Ważne żebyśmy znaleźli odpowiedź.  Bo "kto szuka, ten błądzi" czyż nie? Bo kto szuka ten znajduje.

Jak widać mimo zimy na Jaworzynach dzieje się. Powstaje dom. Będę miała sąsiadów, bo tu na Jaworzynach "nic nie dzieje bez przyczyny" i wierzcie lub nie idąc szlakiem zobaczycie że na Jaworzynach ze starych stodół powstają domostwa. Po co szukać nowego... 

 















 
 
 
Jest wiele przysiółków w Zawadce. Znam je na pamięć. Te ścieżki wydeptane przez "bukowiec" znaczone białą farbą przez Kardasia żeby mógł trafić do chałupy. Wiele, ale jeden z nich ostał się niezeszpecony domami z kolumnami, kolejnymi wytworami dzisiejszej architektury. Pękalówka. Kilka lat temu zachwycałam się tym miejscem, widokami. Te łąki pełne rumianków...
Jaworzyny przybywa nas. Dobrze że idąc drogą wzdłuż kapliczki mijamy kolejne drewniane chaty. Dobrze że nikt nie wpada na pomysł wybudowania tu dworku z kolumnami. Dobrze że Jaworzyny stają się miejscem naszych przodków. Tu na Jaworzynach jeden może liczyć na drugiego, nie ważne czy jesteś "miastowy". Jaworzyny. Idąc kolejno rolami. Bożenka, ja, Igor i Paulina, Maja i Paweł, Tereska, Ewa i Darek, Maciek i Gosia, Artur i Basia, Hania i Mietek, Basia i Bogdan, Mirela i Marek, a i jeszcze Tomek i Jego Rodzina na końcu wsi. Tu na Jaworzynach miejscowych jest niewielu, ale wszyscy poczuwają się do bycia miejscowymi. Jaworzyny, tu pójdziecie do Śmietanów wypijecie kubek mleka tudzież herbaty, tu pogadacie, zjecie kawałek ciasta. Jaworzyny po prostu.
Ania Ty wiesz..dziękuję...
 
\jola


czwartek, 29 stycznia 2015

Waldek...



Waldek, nigdy wcześniej nie miałam kota. Psy. Od kiedy pamiętam jak byłam dziewczynką w naszym domu były psy. Pierwszy którego pamiętam wabił się Bruno. Duży biały owczarek podhalański. Jaki tam z niego był owczarek, pół owczarka, pół kundla. Niemniej jednak Bruno duże kudłate psisko towarzyszył mi od dziecięctwa do nazwijmy to wieku "dorosłego". Bruno kudłaty wielki towarzysz, przy nim nic mi nie było straszne. Nigdy wcześniej nie miałam kota. Waldek zjawił się ot tak, ot spadł z nieba. Znalazłam go pod sklepem. Waldek rządzi w chałupie. Lubię na niego patrzeć, te kocie zwinne ruchy. Lubię patrzeć jak kpi sobie z Fiony, Słoniny, Bekona siedząc na zapiecku. Walduś. Dzisiejszego  ranka znalazłam w kuchni na podłodze mysi ogonek i kawałek łebka.
Waldemar mruczał na zapiecku...






 
 
Oszczędzę Wam drastycznych zdjęć Waldka z myszką w pysku, tudzież ogonka i całej reszty na podłodze. Nie jest to miłe ani przyjemne. Nie jest, ale obecność Waldka uczy mnie czegoś i mogę być wściekła wstając rankiem na Waldka. Mogę, ale równie dobrze wybierając życie w drewnianej chacie mogę być wściekła na siebie. Nie jestem wściekła na Waldka. Taka kocia natura. Przecież tak od dziecka poznajemy koty. Kotek i myszka. Nie jestem wściekła na Waldka. Kotek i myszka...
 
jola


poniedziałek, 26 stycznia 2015

"Czasoprzestrzeń"

Grzesiek, Ewa, Błażej. To Wy tworzycie Czasoprzestrzeń. To ja tworzę ją dzięki Wam, dzięki Wam wybrałam się w tą podróż i już wiem że nie będę żałować
jola
http://gornachata.blogspot.com/

sobota, 24 stycznia 2015

Raz kozie śmierć

Co powiecie na taki początek tej opowieści. Początek do którego wracam. Początek. Sama nie spodziewałam się co mnie czeka. Ten jeden dzień zmienił moje życie. Jak to życie pokaże mi drugą stronę księżyca.

Kraków. Luty. Brrr.. cóż za ohydna pogoda siąpi, szaro buro i ponuro, przede mną perspektywa podróży gdzieś na zadupie. Mamy z Piotrkiem zawieźć Darkowi obiecane foldery. Cholera jasna jak ja to przeżyje? Mój perfekcyjny makijaż i fryzura. Spędziłam w łazience ze dwie godziny żeby tak wyglądać. Szlag by to trafił. Nienawidzę takiej pogody, nienawidzę takich dni. Ostatnie zerknięcie w lustro. Wszystko jest perfekcyjne. Wychodzę i zmierzam wprost na strzeżony parking gdzie czeka na mnie moja czarna Tigra. Już z daleka widzę jej smukłą sylwetkę, z daleka naciskam przycisk pilota. Światła mrugają zapraszając do środka.
- Dzień dobry Panie Romanie.
- A Dobry, dobry. Pani Jolu. Pogoda pod psem, ale pani jak zwykle piękna.
Posyłam mu czarujący uśmiech. Boże jak ja to lubię. Na chwilę zapominam o tym co mnie czeka...
- Cześć.
Rzucam Piotrkowi wchodząc do firmy. Dzisiaj założyłam nowe obcisłe dżinsy. Wiem że doskonale podkreślają szczupłą sylwetkę i te buty na wysokim obcasie. Boże jak ja to lubię!
- To co, komu w drogę, temu wrotki.
Przeciskamy się przez szary zatłoczony Kraków. Teraz siedzę na miejscu pasażera i nudzę się okrutnie. Jedziemy do Darka Przyjaciela Piotrka, chodzili razem do liceum. Darek i jego konie i to zadupie na które się wyniósł, bez prądu dookoła tylko las i las. Jak tak można żyć? Bez suszarki do włosów?
Gadamy o tym i owym. Znamy się z Piotrkiem wiele lat. To Przyjaciel mojego męża swojego czasu zwerbował mnie do Wydawnictwa które założył. Znamy się już jak łyse konie. Większość czasu spędzamy razem. Firmowe obiadki. Wyjazdy. Wiedeń..ehh..ten Wiedeń...uliczki pełne kawiarni, restauracji, kelnerów w liberii. Sklepów ze starociami. Uroczych Hotelików, ta kawa przynoszona przed śniadaniem, ostrożne pukanie do drzwi... Zawsze kochałam stare rzeczy. Wiedeń pełen sklepów i skarbów. W jednym z nich wypatrzyłam dzban w niebieskie kwiaty. Oczami wyobraźni widziałam dłoń która lata temu napełniała go wodą i niosła gdzieś... musiał być mój, a co raz kozie śmierć. Jak tylko go zobaczyłam wiedziałam że nie odpuszczę...
Nudzę się. Nagle przypominam sobie o gazecie którą kupiłam dla moich krakowskich sąsiadów. Chcą sprzedać mieszkanie. Wyjmuje i zaczynam przeglądać, czytam na głos.
- Zawadka, drewniana chałupa.
Skręciliśmy już z zakopianki, jedziemy przez wsie.
- Czekaj, czekaj.
Słyszę Piotrka.
- to chyba są te okolice. To musi być gdzieś niedaleko.
Nudzę się.
- Niedaleko? A może byśmy poszukali?


Raz kozie śmierć.


 
 
 
Dziękuje za wsparcie, przepraszam za milczenie. Bardzo proszę Wszystkich którzy powinni dostać ode mnie przesyłkę w ramach Polak Potrafi, a jej nie dostali o odzew. Dostałam kilka zwrotów. To początek mojej książki. Tak piszę książkę dzięki Wam, to Wy ją piszecie. Taki jeden dzień zmienił moje życie. Jeden dzień. Tak wiem czekam na te komentarze o sławie i pieniądzach, sielskim życiu. Wiem i mam nadzieję, że Wy też wiecie...
śmiało u mnie nigdy nie było i nie będzie moderacji komentarzy.
Czekam na wasze propozycje tytułu z kozą w tle. Przecież nikt inny nie zna mnie tak jak Wy, a ja mam nadzieję że dzięki tej podróży poznam siebie.
 
jola


piątek, 26 grudnia 2014

Dobra myśl...

Dzikie..śladami Stasiuka
Było późne popołudnie i miałem nie jechać, ale się zmobilizowałem. Dopompowałem tylne koło i ruszyłem. Jak zwykle w dół drogi, w lewo na koniec wsi, do pierwszego brodu. I potem z biegiem Zawoi. Przeprowadziłem rower po kamieniach. Dawno nie padało i było płytko. Ostatni dom został z tyłu i teraz miałem przed sobą tylko opustoszałą dolinę. Rozpędziłem się na płaskim, prostym odcinku, ale zaraz zwolniłem, bo po lewej, za rzeką, usłyszałem psy: wysokie, skowytliwe ujadanie. Tak szczekają, gdy chwytają trop zwierzyny albo ją osaczają. To były psy Janka. Janek ma kilkadziesiąt sztuk bydła, które pasie się na rozległych łąkach graniczących z lasem, więc te psy muszą być. Rzuciłem rower, przeszedłem prez rzekę i odnalazłem je na niskiej, bagiennej łące wśród wierzb. Stały w trójkącie i zanosiły się tym ni to szczekiem, ni to skowytem. Rwały do przodu na przykulonych łapach, ale jednocześnie trzymał je jakiś niewidzialny postronek, niematerialna obroża. Albo powtrzymywało sprężyste powietrze. Trzy czarne podpalane kundle trochę mniejsze od owczarków niemieckich. W trójkącie o bokach długości pięciu, może sześciu metrów. Rwały się ku środkowi tej geometrii i zarazem cofały. Przyczajone, wyszczerzone, drążce.
Pomiędzy nimi stał on. Ciemnorudy, cętkowany i nieruchomy. Wyższy od nich o kilkanaście centymetrów. Smukły i królewski. Ryś. Chwilami poruszał się lekko, tak by mieć je wszystkie na oku, co było trudne, bo przecież trzeci zawsze pozostawał gdzieś z tyłu, w martwym polu. Ale widać tego trzeciego wyczuwał instynktownie, bo cały czas zajmował pozycję w centrum trójkąta, nie zbliżając się zanadto do żadnego z psich wrogów. Stałem oddalony o dziesięć metrów, może bliżej. Oczywiście dostrzegł mnie, ale nie wykonał żadnego lękliwego, pochopnego ruchu. On, drapieżnik, który być może pierwszy raz widział człowieka, ine okazywał ani lęku, ani zaskoczenia. Był piękny. Niskie słońce wydobywało każdy szczegół sylwetki. Miał wielkie marzycielskie oczy osadzone w stosunkowo niewielkiej czaszce. Tułów wydawał się drobny, niemal kruchy. Ale łapy za to potężne. Chwilami postępował pół kroku w stronę tego lub tamtego, jakby badał ich determinację, sprawdzał odwagę albo prowokował do nierozważnego gestu. Ale to były właśnie półkroki, półgesty. Psy piekliły się, szalały, zawodziły, rzucały w przód i odbijały od niewidzialnej szyby. On przy nich wyglądał na niewzruszonego mistrza energetycznej kalkulacji. Jakby miał wyliczoną każdą kalorię, każdy ułamek sekundy i każdy centrymetr. Rysie są słabymi biegaczami. Szybko się męczą. Psy, sfora psów, tak jak wilki polują w biegu, zabijają z marszu. Gdyby zaczął uciekać, prawdopodobnie by zginął. Skąd o tym wiedział? Nie wiem. Ale wygladał tak, jakby wiedział wszystko. Złocisty w tym późnym słońcu, świetlisty niczym zjawa wśród szarzejacej zieleni kończącego się lata. Gdy kundle chwilami milkły, gdy traciły głos, słychać było niski, monotonny pomruk. Zjawa była jednak z ciała, z naprężonego do granic mięsa.
W końcu któryś pies zaatakował. Stało się to niewiarygodnie szybko. Właściwie nawet tego nie zauważyłem. Ułamek sekundy później ryś leżał na grzbiecie, przednimi pazurami przyciągał psa do siebie, a tylnymi próbował rozpruć mu brzuch. Ale te dwa następne też zaatakowały i wśród łopianów turlał się czarno-rudy kłąb. Po paru sekundach drapieżnik stał znowu nieruchomo, a odrzucone na boki psy przyczaiły sie z brzuchami przy ziemi. Dyszały z wywalonymi jęzorami. Po nim nie było nic widać. Znowu obliczał odległość, siły i ułamki sekund. Jak piękna, ciepła, żywa maszyna. Stałem o parę kroków i kompletnie nie liczyłem się w rozgrywce. Przez długie minuty mogłem patrzeć na wolne, dzikie zwierzę w, można by rzec, kulminacji jego wolności i dzikości.
W końcu zaczął pojmować, że jednak wygrywa. Niespiesznie odwrócił się i lekkim truchtem ruszył w zarośla. Psy jednak skoczyły za nim i próbowały go dopaść w martwej odnodze strumienia. Znów znieruchomiał i czekał na atak. Na chwilę straciłem zwierzęta z oczu. Usłyszałem odgłosy kotłowaniny, znowu ten niski, mięsny pomruk, ponad zaroślami błysnęły srebrne rozbryzgi wody, któryś pies zaskomlał i wszystko ucichło. Ruszyłem w tamtą stronę. Ryś wyszedł już z wody i wspinał się bez pośpiechu na przeciwległy brzeg. Złocista zjawa zniknęła wśród łopianów i mięty.
Psy były ledwo żywe. Brodziły w martwej odnodze po brzuchy i chłeptały zielonkawą wodę. Miały niewyraźne miny. Jeden był zakrwawiony. Krew płynęła z rozdartego ucha. Drugiemu krew sączyła się z tylnej łapy.
Ile to mogła trwać? Pięć minut? Siedem? Było jak sen. Piękny i okrutny. Nigdy wcześniej nie widziałem, jak dzikie tak blisko spotyka się z udomowionym. Zmęczone psy patrzyły na mnie zrezygnowanym, ludzkim wzrokiem. A ja patrzyłem w ślad za złotym płomieniem rysiego ciała, który zgasł wśród zieleni.


ehhh. ten Stasiuk. Pytacie mnie. Nie żebym nie chciała Wam odpowiedzieć. Radzę sobie i chyba wiem czego chcę i chyba nieźle się mam i dzięki Wam wychodzę na prostą..Pytacie mnie...Już chyba wiem czego chcę. Poradziłam sobie z tym. Pytacie mnie.. Dzisiaj wiem że to dobra myśl. Hrabianka, Fidel, Gala, Lutek Helena..ehhh i moje psy Fiona, Słoninka, Bekon i Walduś koto-pies :)
jola

sobota, 20 grudnia 2014

Podobno idą święta...



To już najwyższy czas Moi Drodzy Czytelnicy. Podobno Idą Święta. Zbliżają się tak po cichutku jakbyście w oddali słyszeli dźwięki fortepianu. Takie nutki..czarne..białe..takie zbliżające się święta słyszałam je jak byłam dzieckiem.Takie chciałabym posłyszeć teraz. Klawisze fortepianu czarne, białe. Ołówek organisty smagający po moich palcach. Dźwięki i zapachy. Zapach krochmalonej pościeli prosto z magla..Spokój i oczekiwanie. Ten magiel i sanki (gdzie teraz znajdziecie magiel, nie mówiąc już o śniegu i sankach) pierogi z kapustą i grzybami przygotowywane w dzień wigilii. Choinkę którą Tata przynosił tego dnia rano? Łańcuchów papierowych, cukierków zawijanych w ozdobny papier, jabłek wyjmowanych z siana?
Chcę pamiętać " Cichą noc".
A słyszę
- W te święta Polacy Wydadzą na święta...
- Nie masz pomysłu na świąteczne prezenty? Zajrzyj do nas!!!!
- Twoje Dziecko marzy o...weź kredyt, przecież idą święta.
- Musisz to mieć, przecież Idą Święta!!!!!!
- Idą Święta. Biegaj, stresuj się, wydawaj pieniądze. Kupuj, kupuj..kupuj...
Jakby to były ostatnie dni Twojego życia.
Strzelam sobie w stopę, ale nie chcę takich świąt. Cieszę się że jestem daleko od tego, że nie muszę przeciskać się alejkami zatłoczonych Galerii.
Bo czymże różnią się te świąteczne dni. Czy tylko trzy dni w roku mamy być dla siebie ludźmi? Czy tylko przez te trzy dni kochamy się, obdarowywujemy? Widzimy drugiego człowieka?
Bo czymże są Święta? Zapomnieliśmy. Ja też zapomniałam, ale te klawisze..czarne..białe..czarne..białe...
Jedne święta pamiętam z dzieciństwa tak wyraźnie. Mój brat wracał do domu na przepustkę z wojska z Koszalina. Ile ja wtedy mogłam mieć lat? Na stole biały obrus. Tata smażył rybę, mama lepiła pierogi. Ja schowana pod choinką czekałam na brata.  Przyjechał i to był największy prezent. Czarne..białe..czarne...
Jurek mój ukochany brat. Nie ma go już. Zginął tragicznie. Sama nie wiem dlaczego to właśnie świąteczne wspomnienie mam pod powiekami. Byłam wtedy dzieckiem. Jurek był jednym z moich trzech braci. Była między nami spora różnica czasu.
..czarne..białe..czarne...

ehhh...było minęło i nie wróci. To już najwyższy czas. Te święta zamykają pewien etap w moim życiu. Kolejny. Nie wiem jaki, wiem że idę do przodu. Od tamtych świąt radze sobie tu sama :))) nie pomijając Fiony, Słoninki, Bekona i Waldka. Hrabianki, Gali, Lutka, Fidela i Helenki. Na wiosnę urodzą się kolejne. Tomka już nie ma i nie będzie ehh..życie. Wiecie tak sobie myślę, że sami fundujemy sobie te ostre zakręty bylebyśmy wychodzili z nich na prostą. Tego mi życzcie.













A ja Życzę Wam żebyście w ten czas poszukali w zakamarkach pamięci tamtych świąt. Póki możecie, póki trwają w Waszej pamięci. Ja jeszcze pamiętam i mam nadzieję..
sentymentalna
jola

zdjęcia archiwalne. Młodziutka Hrabianka, Fidel. Nie ma jeszcze Lutka i wielu innych koźlątek które urodziły się u mnie.