sobota, 16 lutego 2013
poniedziałek, 21 stycznia 2013
48 godzin
Co to znaczy DZIWNE???
...
-Są podejrzenia zespołu Downa...

Fot. Turkawa
Cały świat zawirował mi przed oczami.Co za nami, co przed. "Koń Turyński" - ..powtarzalność..codzienność..wicher..brak wody..brak..brak.. miii mii-tchu....
Zespół Downa..szperam w interenecie..niby wiem, a jednak..jak to jest możliwe..jest młoda..za młoda.? A jednak Anieka jest naprawddę dziwna!!! To ucho...??
Poszłam gdzie mnie oczy poniosły. Bekon, Fiona..Słonina..Gala..Hrabianka..Maja Lutek..obiad..kolacja..goście....
przez te 48 godzin pokochałam ją bez względu na to jaka miałaby być...
48 godzin czekaliśmy na konsultacje z genetykiem..przez 48 godzin mój świat kończył się i rodził od nowa.
Nasza Anielka jest zupełnie zdrowa..no może oprócz tej wady serca..
Fot.Turkawa
Fot. Turkawa
fot. Turkawa
Fot. Turkawa
czwartek, 10 stycznia 2013
Lato
Czerwiec..
Gorączkowe przygotowania do sezonu. Pomaga mi przy nich Marika i jej przyjaciółka. Odwiedza nas Gosia z moją ukochaną córką chrzestną Blanką.Wszystko układa się dobrze. Marika już w zaawansowanej ciąży czuje się wspaniale, kwitnie. Krzyczymy na nią żeby odpuściła szorowanie łazienki, ale gdzie tam - energia ją rozpiera. Cieszy się na te narodziny. Wszystko już gotowe, pokój Anielki, łóżeczko - wszystko co najlepsze. Jest szczęśliwia...
Lipiec..
Chałupa pełna gości, gwarno, wesoło i pracowicie. Kózki pasą się na łące, mleko leje się strumieniami..dom pachnie drożdżówkami z jagodami..lato...
Marika zaczyna czuć się gorzej, skoki ciśnienia, opuchnięte nogi, trudności z oddychaniem. Jej ginekolog daje skierowanie do szpitala. Bezsenne noce spędzone na siedząco..Nie byłam u niej rozmawiałyśmy tylko przez telefon. Badania które nic nie wyjaśniały, jej świszczący głos w słuchawce telefonu. Wszystko jest OK - mówą lekarze - upały. Po tygodniu wychodzi ze szpitala. Termin porodu koniec sierpnia, początek września. Była przygotowana na cesarskie. Od początku takie były wskazania jej wcześniejszego ginekologa. Tymczasem ordynator oddziału położniczego w którym leżała stwierdza, że ma czekać na rozwiązanie..nie ma mowy o żadnej cesarce..
- Mamo, boję się. Nie dam rady urodzić, ledwie oddycham..
Pocieszam ją jak mogę, myślę, że skoro sam ordynator szpitala tak zdecydował, trzeba czekać.
Marika - mój uparciuch, to Ona uratowała życie Anielki..może i swoje. Nie odpuszcza, idzie do ginekologa do którego chodziła jeszcze zanim zaszła w ciążę.
Czwartek..
- Mamo w poniedziałek mam cesarkę..?
Jak tylko ją zobaczył wiedział, że trzeba natychmiast wykonać cesarskie cięcie. W poniedziałek rano miała stawić się w szpitalu w którym pracował przeczuwał, że to cięcie nie będzie łatwe. Poprosił swojego kolegę żeby mu asystował i nie pomylił się, to była ostatnia chwila. To On uratował życie Anielki..On i niesamowita intuicja i upór Mariki..Za twa tygodnie Anielka by nie żyła..
Kiedy zobaczyłam ją zaledwie parę godzin po urodzeniu była taka malutka, od moich ramion dzielił ją inkubator.
-Dziwna jest - pomyślałam sobie. Malutka jakaś taka, jedno ucho całkiem zagięte..
-Taki mały brzydal - powiedział Jarek.
Po rozmowie z panią pediatrą, usłyszałam, że dziecko jest zmęczone ciężką cesarką i ostatnimi tygodniami ciąży, że wszystko jest w porządku. Uspokojona wróciłam na Jaworzyny gdzie chałupa tętniła gwarem. Goście czekali na kolację.
Targał mną niepokój, ja tu a One tam, nie wiedziałam co się dzieje. Przypomnieliśmy sobie, że gościliśmy pewną położną która zostawiła swój numer telefonu. Zadzwoniliśmy do niej z pytaniem, czy nie ma kogoś znajomego w tym szpitalu w którym leży Marika. .
Zadzwoniła po chwili. Telefon odebrał Tomek - ja się bałam. Z przebiegu rozmowy wywnioskowałam że nie jest dobrze. Niby nie słuchałam, a i tak strzępki rozmowy docierały do moich uszu..
Marika została przewieziona do innego szpitala.. duże problemy z oddychaniem..mała została przewieziona na intensywną terapię...Dziecko jest dziwne..
- Co to znaczy dziwne? Najpierw zmęczone, potem dziwne! Do cholery, co jest grane?...
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Wszystkim razem i z osobna
Życzę Wam Wszystkim zdrowych, spokojnych i rodzinnych Świąt. To pierwsze nasze Święta z Anielcią. Ostatnio mało mnie na blogu, mam nadzieję, że w przyszłym roku się poprawię :)
niedziela, 25 listopada 2012
Książe Fryderyk
Milówka, śpiewają o niej bracia Golcowie, pięknie położona w Beskidzie Żywieckim, właśnie tam mieszka teraz nasz Księciunio - Fryderyk jak go tu nazywają. Duże stado 70 kóz i 230 owiec prowadzi na łąki dwóch pasterzy i 5 psów Border Collie. Muszę Wam powiedzieć że w pierwszej chwili moje serce ścisnęło się okrutnie kiedy wreszcie udało mi się odnaleźć naszego koziołka wśród tej zwierzęcej ciżby. Długo chodziłam pośród kozich rogów zanim go znalazłam i miałam ochotę nie bacząc na nic pochwycić go, wsiąść do samochodu i odjechać. To było pierwsze wrażenie. Teraz koziołek żyje w dużym stadzie, tu rządzą inne prawa, codziennie przemierza wiele kilometrów na łąki gdzieś wysoko w góry, chyba jest szczęśliwym koziołkiem, a jednak...
Byliśmy pełni podziwu dla dwóch pasterzy i ich pięciu psich pomocników. Gdzie okiem sięgniesz tam widzisz owce i kozie rogi, wystarczy, że jedna z nich odejdzie za daleko i całe stado gna za nią, ale psy nie próżnują na jedną komendę zrywają się w szalonym biegu i zawracają nieposłuszne zwierzęta. Te psy są niesamowitymi pasterzami, myślę, że bez nich ludzie byliby bez szans. Wierni pomocnicy, reagują błyskawicznie na komendy wydawane przez pasterzy. Jeden z nich ma ksywkę kolejarz, uwielbia gnać wzdłuż torów za przejeżdżającym pociągiem, biegnie aż do stacji na której pociąg się zatrzymuje. Chodzimy po łąkach i słuchamy pasterskich opowieści. Wstają o świcie i zaczynają poranny udój, wszystko odbywa się ręcznie, dwie ręce dojarza i setki kozich i owczych wymion czekających na swoją kolej. Trwa to cztery godziny, a potem w drogę na górskie łąki i tak do zmroku.Popaśliśmy, pogwarzyliśmy i trzeba było wracać bez Księciunia, jego dom jest teraz na tych górskich łąkach w Milówce.
Lato minęło niezauważone, jesień zapukała do naszych drzwi więc jej otworzyliśmy, za to zima weszła nieproszona i przez krótką chwilę zagościła na jaworzyńskich łąkach ku uciesze naszych psów. Bekon zadomowił się na dobre, brakuje mu tylko kompana do psich psot. Słoninka w przypływie dobrego humoru czasami się z nim bawi, a czasami pokazuje mu zęby. Stajemy się coraz bogatsi w zwierzęta i nowe doświadczenia.
Pozdrawiam Wszystkich serdecznie, dziękuję za maile, komentarze i troskę :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




