niedziela, 9 października 2011

Z pamiętnika...



Piękne słoneczne dni ustąpiły miejsca chłodom i zamglonym porankom, w piątek wieczorem temperatura spadła do zera, tylko czekaliśmy kiedy padający deszcz zamieni się w śnieg, byłam pewna, że Jaworzyny obudzą się otulone miękkim, śnieżnym szalem i myślałam sobie, jak ja to wytłumaczę Gali, Hrabiance i Fidelowi, że nie pójdą na łąkę, no chyba, że na sanki :) Śmialiśmy się z Tomkiem, że spakują swoje obróżki, miseczki i wyprowadzą się gdzieś na niziny, gdzie trawka zielona dostępna jest nieco dłużej. Jakież było moje zdziwienie kiedy sobotni ranek przywitał nas chłodem, ale śniegu nie było, uff moje kwiaty, które jeszcze kwitną nadal mają się nieźle, a i łąka jak najbardziej nie wymaga nart, ani sanek. Sprawdzamy w internecie, Zakopane zasypane, z naszych łąk widzimy ośnieżone Gorce, a i Tatry bieluteńkie. Piątkowy wieczór przypomniał nam jednak pewien październik, dwa lata temu.
We wtorek rano wybrałam się do Krakowa do mojej przyjaciółki z zamiarem zostania u niej do czwartku, Tomek przejął dowodzenie na gospodarstwie, już zacierał ręce, że będzie mógł w spokoju popracować, miał do skończenia dużą książkę. Pogoda piękna, jesień złota polska - żyć nie umierać, a i mnie perspektywa spędzenia tego czasu z Gosią napawała radością. Tak koło południa, słyszę w radiu, że pogoda ma się zmieniać i w górach niewykluczone opady śniegu. Myślę sobie, że najwyżej poprószy trochę i po krzyku, przecież to dopiero październik. Wieczorem dzwonię do Tomka, a on mi mówi, że sypie coraz bardziej, śniegu przybywa z godziny na godzinę i nie jest to takie sobie prószenie, tylko prawdziwa zamieć śnieżna. Mój spokojny babski wieczór powoli zamieniał się w nerwowe nasłuchiwanie wiadomości o pogodzie, a jaki był Tomka, dowiedziałam się nazajutrz. Tak więc śniegu przybywało w zastraszającym tempie, tak gdzieś koło godziny 23, coś błysnęło, trzasnęło i szlag trafił prąd, a tym samym plany o spokojnej pracy. Jako, że Tomka komórka było już nieco rozładowana, czym prędzej ją wyłączył, żeby nie tracić bateri i czekał z nadzieją, że wkrótce wszystko wróci do normy. Nie wróciło, ranek obudził go widokiem niczym ze środka srogiej zimy, całe Jaworzyny zasypane pół metrową warstwą śniegu, drogi nie ma, kontaktu telefonicznego ze wsią również, bo i prądu brak. Eh te czasy, każda chałupa posiada już telefony bezprzewodowe, które bez prądu działać niestety nie chcą, nas w takich sytuacjach ratuje stary telefon, który podłączamy, ale i linię telefoniczną szlag trafił po jakimś czasie. Została mu zdychająca komórka, którą włączał, żeby zdać mi relację, co też się dzieje, po czym natychmiast ją wyłączał.
 Po przetarciu oczu ze zdziwienia, założył narty i poszedł na zwiady, droga nie tylko zasypana, ale zawalona połamanymi drzewami, które pod naporem ciężkiego śniegu pękały jak zapałki, wszędzie cisza i biel "ni drogi, ni kurhanu". Ale na Jaworzynach, ludzie twardzi, przyzwyczajeni do różnych sytuacji, szybko chłopcy uruchomili piły, żeby najpierw usunąć powalone drzewa, następnie do akcji wkroczył nasz czerwony traktor i do wieczora Jaworzyny zostały włączone do reszty świata. Następnego dnia przyjechała brygada panów z energetyki w poszukiwaniu uszkodzeń na linii, jak zobaczyli Tomka na nartach i nasze zimowe Jaworzyny, to oczom uwierzyć nie mogli. Zresztą, jak wróciłam w czwartek wieczorem, też nie wierzyłam w to, co widzę. Prądu nie było przez pięć dni, wieczorami wśród dziewiczej bieli widać było tylko okienka domów oświetlone migocącymi światełkami świec, paliliśmy w piecu i w kominku, w chałupie panowała niezmącona cisza, tylko od czasu, do czasu słychać było drwa trzaskające w kominku.

















































Pięknie było, taka zima, jesienią połączenie bieli i rudości, Tomek biegał na nartach i cykał zdjęcia, a ten piątek przypomniał mi tamte wydarzenia. Cieszę się, że w tym roku śniegu nie ma, niechże się te nasze kózki popasą jeszcze ździebko..hej..






piątek, 7 października 2011

Bliskie spotkania


Jakiś czas temu dostałam intrygującego maila, w którym to pewna osoba zwróciła się do mnie z pytaniem, czy zgodziłabym się na wizytę w naszej chałupie ekipy "Werandy Country". Przyznać muszę, że, po pierwsze poczułam się strasznie wyróżniona, że takie pismo zechciałoby pokazać nasz dom, po drugie sama nie wiedziałam, co z tym fantem zrobić, bo niby "chciałabym, ale się boję".  Tą osobą była Jagoda z Chaty Magody, jako, że od dawna jestem wierną czytelniczką jej bloga, to ona zainspirowała mnie do pisania, pomyślałam sobie "raz kozie śmierć", jeżeli to Jagoda ma przestawiać meble w mojej chałupie i szukać owalnych półmisków - zgadzam się. Słowo się rzekło, umówiłyśmy się z Jagodą, że przyjadą do nas w październiku, jako, że zarówno ona, jak i ja w lecie czasu nie mamy ani, ani, obie zajęte gośćmi.
Przyjechali, no i zaczęła się, taka mała rewolucja w naszej chałupie, bo musicie wiedzieć, że to nie takie sobie pstrykanie zdjęć, to ciężka praca, zarówno dla fotografa, jak i stylistki, która to bez ustanku biega w poszukiwaniu odpowiednich przedmiotów potrzebnych do ujęcia, dzbanków, dzbanuszków, przestawia meble, myśli, ustawia, czaruje piękne plany. To dzięki nim biorąc do rąk gazetę, piękne zdjęcia przenoszą nas w inny magiczny świat, świat zamknięty w kadrze teleobiektywu. Drobna, pełna energi i pomysłów, nie straszne jej żadne wyzwania, myślę, że spokojnie przeniosłaby fortepian, gdyby nie pasował do kadru - taka jest Jagoda. Zdjęcia robił Michał, to artysta, który nie pędzlem i farbą, a aparatem i grą światła tworzy swoje obrazy, on widzi, to czego ja dostrzec nie mogłam i w sekundzie zamyka ulotne chwile w kadrze teleobiektywu. Bawiłam się świetnie, mimo, że nasz dom z każdą chwilą wyglądał tak, jakbyśmy mieli się przeprowadzać, w sieni rosła sterta przedmiotów usuwanych z planu, psy wałęsały się zdezorientowane, a Jagoda biegała po chałupie w poszukiwaniu owalnych talerzy, koronek i innych przedmiotów, nikomu innemu nie pozwoliłabym na taką swawolę :) Przyjechali i pojechali zostawiając po sobie miłe wspomnienia, zobaczymy, co z tego wyjdzie, jeszcze nie widziałam zdjęć, nie wiem, kiedy, ukażą się w Werandzie Country, może to potrwać jakiś czas, ale z pewnością podzielę się z Wami tą wiedza, jak tylko ją posiądę. Tymczasem dziękuję Jagodzie i Michałowi za te magiczne chwile, a Was pozdrawiam tak jesiennie i idę wsłuchać się w krople deszczu za oknem...

Michał przy pracy, ryzykował wiele, bo nasz Fidel rogi ma duże.
Fot. Jagoda Miłoszewicz


Słoninka obserwuje, co też tu się wyprawia.
Fot. Jagoda Miłoszewicz


Fiona, zawsze czujna, może zamyślona?
Fot. Jagoda Miłoszewicz

A teraz trochę fotek naszych zwierzątek, tak dzisiaj sobie pomyślałam, że przybywa nam tych domowników do kochania, trzeba tą miłość bardzo mądrze dzielić.

Mokra Słoninka, jako szczenię jeszcze


























Takie tam moje próby robienia zdjęć












środa, 28 września 2011

Lista oczywista


Lato minęło, jak wszyscy zdążyliśmy zauważyć. Wydawać by się mogło, że wraz z nim minęły dni zapracowane od świtu do nocy, chwile kradzione ukradkiem dla ogrodu, czy zwierzyńca wszelakiego, który to nieustannie dopominał się o troskę i odrobinę uwagi. Nadeszła jesień, a wraz z nią długaśna lista rzeczy oczywistych do zrobienia przed zimą. Drzewo już od wiosny schnie poukładane w szopie i za domem, bo trzeba Wam wiedzieć, że o pol trzeba zadbać właśnie wtedy, żeby do zimy zdążyło podeschnąć i dawało przyjemne ciepło. Jeżeli człowiek o tym zapomnie, zamiast trzaskających drew w piecu, ma syczące i plujące wodą nie wiadomo co, które ani, ani nie chce się palić i jedyny z niego pożytek w postaci zadymionej chałupy. Jednego roku zabrakło nam drzewa, gdzieś tak w styczniu i co było robić, dalej szukać po wsi - nikt nie miał - więc znaleźliśmy przez internet. Cena zwaliła nas z nóg, ale wyjścia nie było, tym bardziej, że pan zapewniał, że drzewo suchuteńkie, więc umówionego dnia pojechaliśmy na dół po jego odbiór iiii ujrzeliśmy piękne bukowe drewno, ale koło suchego, to ono nawet nie leżało, cóż "słowo się rzekło, kobyłka u płota" i tak dymiliśmy do wiosny tym "suchym drewnem", ale od tej pory każdej wiosny przygotowujemy tyle opału, żeby na drugi rok jeszcze zostało. Ale, ale ja tu o polu, który już jest, a nasza lista wciąż czeka.
Numerem jeden na niej jest schronienie dla naszych kózek na zimę, ponieważ decyzję o kupnie, najpierw Hrabianki podjęliśmy trochę na "wariackich papierach", więc i zagródka robiona była tak samo. W lecie spełniała swoją rolę doskonale, ale zima, to co innego, szczególnie tu w górach. Zaczęło się myślenie, co my z tymi biedaczkami zrobimy, pomysły były różne, łącznie z wybudowaniem koziarni, ale plany sobie, a życie...Postanowiliśmy więc, że musimy przystosować stodołę tak, żeby kózkom w zimie było ciepło, no i coby sobie mogły czasami na ten zimowy świat zerkać. Nasz znajomy właśnie wymieniał w swoim starym domu okna i dał nam dwa skrzynkowe. Następnie wkroczył Mietek, nasz niezastąpiony stolarz, cieśla, dekarz, murarz, architekt po trosze i tak nasz zwierzyniec zyskał okno na świat, jeszcze tylko trzeba w środku ocieplić i już zima nie straszna, bo i siano i słoma w stodole, a i owsa nie zabraknie.






















Punkt pierwszy z naszej listy zrealizowany na razie połowicznie, jeszcze ocieplenie.
Zima idzie więc i spiżarnię zabezpieczyć trzeba, oj dzień za dniem, stałam i mieszałam w garnkach, garneczkach, a to powidła, a to dżemy wszelakie, kompoty, przeciery i marynaty, żeby gościom na stół było co podać i tak słoik za słoiczkiem zapełniła się spiżarnia dobrem wszelakim. Jeszcze tylko kapustę poszatkować trzeba i do beczki dębowej, kupionej specjalnie dla owej kapusty nakłaść, żeby się kwasiła na zimowe bigosy, surówki i kwaśnicę. Kapusta musi jeszcze poczekać tak do połowy października, mówiła mi jedna pani na jarmarku, że kapustę kisić trza na nowiu, więc pilnować tego muszę, żeby dobra była. Jednego tylko zabraknie w tym roku w mojej spiżarni, nie będzie stał w niej ani jeden słoik borowików i rydzów marynowanych, ani żaden wianek suszonych. Ten rok nie obdarzył nas grzybami, jeszcze tak nie było, żebym grzyby na wigilię kupować musiała.
















Wiele mebli w naszej chałupie, to stare rupiecie, które kupujemy w różnych miejscach, a potem czekają one cierpliwie na moje wolne ręce, które je dopieszczą, wyczyszczą, zabejcują, zawoskują. Na mojej liście oczywistej czeka komoda, która ma stanąć w pokoju gości i biurko dla Tomka, żeby mu się wygodnie pracowało. Dawno temu, w ślad za pierwszym starym kredensem, który stoi teraz w białej izbie, kupiłam tę książkę, dzięki niej nauczyłam się troszeczkę, jak postępować ze starymi meblami.







Skończona szuflada.


Oczywistą, oczywistością jest przygotowanie ogrodu na zimę, skopanie i nawiezienie grządki, usunięcie zwiędłych kwiatów ze skrzynek, czyli uporządkowanie obejścia, ale ten punkt na szczęście, w tym roku, wciąż i wciąż przesuwa się w czasie, wiele by tych punktów jeszcze było, pewnie zejdzie mi do zimy, a w zimie, wiadomo, śniegiem zakida i odśnieżać trzeba będzie...
Ano, ano, zapomniałabym na mojej liście oczywistej nie może zabraknąć nauki robienia serów, poświęcam temu zajęciu trochę czasu, bowiem bardzo wciągnęła mnie ta sztuka, nie dość, że fascynująca, to jaka pyszna. Tak wyglądało dzisiaj śniadanie Tomka, wszystkie te sery są kozie, ciekawam, czy zgadniecie, który z tych serów nie jest mojej roboty. Życzę Wam dobrej nocy i zmykam, do mojej listy...