środa, 8 czerwca 2011

Pachnidło...


Jan Baptysta Grenouille – osobliwy karzeł obdarzony niepospolicie wrażliwym zmysłem powonienia – tworzy eliksiry do produkcji perfum, które są powszechnie uznawane za niedoścignione w swej wyszukanej wytworności. Jednak żadne go nie satysfakcjonują, geniusz zapachów marzy bowiem o wydestylowaniu wonności nad wonnościami z dziewiczego ciała kobiecego. Pochłonięty myślą o stworzeniu dzieła swego życia, po długich poszukiwaniach, trafia wreszcie na kobietę, która bliska jest jego ideału. Rudowłosa piękność staje się pierwszą z wielu ofiar XVIII-wiecznego mordercy, który uśmierca, aby powołać do życia wymarzony zapach…



Pachnidło to najpopularniejszy utwór Patricka Süskinda. Opublikowana w 1985 roku, powieść szybko zyskała światową sławę. Swój renesans przeżyła dwa lata temu, kiedy to Tom Tykwer (reżyser takich obrazów, jak choćby Biegnij Lola, biegnij czy Niebo) zekranizował bestsellerową książkę niemieckiego prozaika. Dziś, przełożona na 46 języków, nadal bije rekordy popularności, sprawiając, że osobliwy mistrz perfumiarstwa jest dziś jednym z najsławniejszych seryjnych morderców na świecie.




Tą książke, czytałam wiele lat temu, mam ją na półce, później wielokrotnie do niej wracałam. Pewnie zastanawiacie się dlaczego piszę właśnie o niej.
Ostatnie tygodnie przynoszą mi wciąż nowe doznania, dotykam niedotkniętego..czuję się właśnie jak Jan poszukujący swojego idealnego zapachu, nie, nie spokojnie nie zamierzam nikogo mordować. No może czasami zmarnuje Galine mleczko przeprowadzając na nim eksperymenty, bo to właśnie ono jest przyczyną mojego stanu ducha, to ta biała mleczna ciecz owładnęła mną i wciągnęła w swoje pieniste otchłanie. Jan tworzył perfumy, ja chcę tworzyć sery, tak więc podobnie do niego, wącham, odmierzam podgrzewam..to pogranicze magii i alchemii kiedy biała ciecz zaczyna zamieniać się w gładki, puszysty ser. Tak jak Jan, mam swoich Mistrzów, którzy krok po kroku wprowadzają mnie w tajniki tej sztuki, tak, tak, to jest sztuka tworzenia sera. Długa droga przede mną, jeszcze wiele mleka zmarnuje się pod moim niedoświadczonym okiem, ale ta sztuka wciągnęła mnie bez reszty i mam nadzieję, że uda mi się ją zgłębić. Mam już pewne sukcesy i porażki oczywiście też. Pierwszy mój ser wyszedł, jest delikatny i kremowy, to najłatwiejszy do zrobienia ser twarogowy, marzą mi się sery dojrzewające, feta i ech...Niczym Jan eksperymentuje z Galinym mlekiem dodając to i owo, szukając tego idealnego smaku..


To mój pierwszy ser, jestem z niego niezwykle dumna, doglądałam go bez mała co chwilę, nie mogąc się doczekać, kiedy będę mogła go delikatnie odwinąć, wyjąć na talerz i skosztować, poczuć na języku smak tych wszystkich łąkowych wspaniałości...i mówię Wam, że jest pyszny.







Tak więc, dzień po dniu, raczej udój po udoju, grzeję, mieszam, eksperymentuję, wczoraj chciałam zrobić jogurt z przepisu znalezionego w internecie i co? Porażka na całej linii - nie wyszedł. Dzisiaj próbuje od nowa,chyba temperatura była za wysoka i zabiła jogurtowe bakterie :(  Zobaczymy co będzie jutro...
Życzę Wam wszystkim spokojnej nocy i zmykam do parujących garnków i garneczków, gdzie Galine mleko zamienia się powolutku w ser :)


































A to moje nowe-stare nabytki, dostałam je w prezencie od babci Józi, które mieszka u podnórza Jaworzyny na Janickowie. W tych nieckach, jak mi opowiadała zaczyniała ciasto na chleb, a piekła ich 6 dwa razy w tygodniu, mają już prawie tyle lat co ona, bo służyły jeszcze jej mamie, teraz są u mnie, kto wie, co w nich zagości :)






Pozdrawiam serdecznie Wszystkich zaglądających w progi Jolinkowa i do następnego razu :)

niedziela, 29 maja 2011

...bez tytułu...

Fibi, Gala, Słonika, Fiona- mee-meeeee,wrrr.. wrrrrrr..,,W odpowiedzi na Wasze maile. Nie jestem bogaczką, która dla kaprysu kupiła  sobie dom w górach, jestem zwykłą kobietą, która w pewnym momencie swojego, życia "ni z gruszki, ni z pietruszki" odkryła  nieznany, a jednak realny świat i i ten oto pochłonął ją bez reszty..rozpadło się jej miejskie fajne życie, mąż- tu chylę czoła przed Tobą Tadku i Tobą Agnieszko. To Ty rozmumiałeś i potrafiłeś zaakceptocować moje tęsknoty..zrozumieć, że już Nam nie..po..drodze..a przede wszystkim Tomku, że się znalazłeś, jesteś ze mną i obok mnie.Mariko... Ci wszyscy, którzy mnie znają i widzą, jaka jest moja codzienność..nie zawsze rozumieją...Oni starają się zrozumieć i za to ich kocham... Dla Was Wszystkich jest ten post, bez tytułu, ba.. nawet aparatu nie mam swojego. Dziękuję Ci Piotrek, że  użyczasz mi swojego sprzętu na weekendy, następnym - nie wiem, w kórej kolejności zakupów na mojej liście będzie aparat..w odpowiedzi na Wasze maile.........Kocham..kocham mój dom, moje zwierzęta...Guga, Jutka, Magdo, Marysiu Magodo, Danusiu, Jagodowy Zagajnik, Januszu i Zosiu, Juto, Marysiu GoiRado, Lambi, Inkwizycjo, Amelio, Izo, Estero -  i nie.. jestem Was w stanie zliczyć, acha i Amelio i wielu..wielu. "Gdbym był bogaty....... muzyka do "Skrzpek na dachu " moja ukochana...jeśli jej nie znacie warto..
...i bez zdjęć..A Wam moili podczytywacze mówię: przyjedźdzcie, sami oceńcie...
...i tylko taką mnie ścieżką poprowadź...."
Ten post jest dla Was, jeśli nie wierzycie..dotknijcie tego sami...ten post jest bez zdjęć, bo Piotrek jest gdzieś tam w Tatrach, może przywiezie ze sobą jakieś zjdjęcia?

niedziela, 22 maja 2011

I tylko taką mnie ścieżką poprowadź...



Ostatnie dni wciąż, od nowa zmuszają mnie do refleksji: Jaki dobry duch przywiódł mnie na Jaworzyny? Jaka ręka wskazała opuszczoną chałupę? Co sprawiło, że moje życie zmieniło się tak diametralnie? Ile jeszcze będzie mi dane posmakować nowych, nieznanych doznań? Ile chwil, ulotnych jak trzepot motylich skrzydeł uda mi się zamknąć w sercu, by móc do nich wracać?
Nigdy nie przypuszczałam, że to nieznane wciągnie mnie tak bez reszty, a ja zachłysnę się i będę chciała więcej i więcej. Życie na wsi nie wygląda jak zdjęcie w kolorowej gazecie: łany zboża, łąki pełne rumianków, domy tonące w kwiatach - bajkowa sielanka...To życie pełne ciężkiej pracy, bólu mięśni, zniszczonych rąk i ciągłej troski o rośliny, zwierzęta, o wszystko to, co tak bardzo kochamy, ale również - poranków z rosą na trawie, śpiewu ptaków i wolności takiej bez granic...
Ten post miał być o Galicji nowej kózce, która jak przypuszczam w poprzednim wcieleniu była Aniołem, bowiem tylko Anioł wytrzymałby godzinne dojenie. O dojeniu nie miałam zielonego pojęcia, pierwsze próby wyglądały komicznie. Do sprawy zabrałam się profesjonalnie, przygotowałam sobie skopeczek na mleczko, stołek, coby wygodnie zasiąść obok Gali i zaczęło się: mleko tryskało wszędzie, tylko nie do skopka, moje oczy, raz, po raz zalewała mleczna fala, wszystko co po drodze również okrywało się bielutkimi kropelkami. Ręce bolały, serce krwawiło, a Galusia ze stoickim spokojem wytrzymywała te brewerie, co myślała o dojarce? Tego nie wiem, mogę tylko przypuszczać. Drugiego dnia zjawiła się pomoc iście fachowa w postaci Pani Śmietanowej, która wydoiła moją kózkę w 10 minut, pokazała co i jak i przykazała doić do skutku. Z każdym dojeniem jest coraz lepiej, mleko ląduje już w skopeczku, a i ja jakaś sucha jestem. Ogromnie to lubię, nie ma słów żeby opisać to uczucie: ciepło koziego ciała, zapach mleka, ta bliskość i wzajemna zależność, radość przepełniająca serce...









Przez ostatnie dni, budzę się o 5 rano i wyczekuję tej chwili, kiedy pójdę do moich kózek w asyście Słoninki i Fiony, dam im miarkę owsa, wezmę stołeczek, przytulę się do boku Gali i powolutku do skopeczka zacznie spływać ciepłe mleko, rozbrykana Hrabianka będzie podskubywać, zaglądać ciekawie i rozrabiać, jak to dzieciak, później poprowadzę te moje dziewczyny na łąkę...i tylko pomyślę sobie idąc ścieżką pełną polnych kwiatów:
"I tylko taką mnie ścieżką poprowadź
gdzie śmieją się śmiechy w ciemności
i gdzie muzyka gra, muzyka gra...
Nie daj mi Boże, broń Boże skosztować
tak zwanej życiowej mądrości.
Dopóki życie trwa, póki życie trwa."







































"Drogi biało srebrzystej
dróżki nie uroczystej
piachów siebie niepewnych
i ptasich rozmów śpiewnych"





Życzę Wam odkrywania tego co nieznane...