poniedziałek, 9 stycznia 2012

Dla stęsknionych za zimą


Tak dzisiaj wyglądała nasza próba zjechania na dół na zakupy, trzeba było zacząć od znalezienia samochodu, sypie od dwóch dni i śniegu coraz więcej, najbardziej zdziwieni są Ci, którzy przyjeżdżają z dołu, bo tam śladu śniegu nie ma, po prostu pada deszcz. Tego posta dedykuję Wszystkim stęsknionym za zimą w zimie, zdjęcia kiepskie, bo i warunków nie ma, pozdrawiam Was serdecznie i idę odśnieżać.










środa, 4 stycznia 2012

Idzie nowe...



Świąteczny czas już za nami, nasi Goście przyjechali i wyjechali. Oni się bali, bo był to pierwszy ich świąteczny wyjazd, ja się bałam i nie było czego. Spędziliśmy ten czas bardzo miło, lepiąc razem wigilijne pierogi, snując długie nocne rozgawory, piekąc ciasteczka babci Zosi, dobre wiatry znowu przywiały do naszego domu wspaniałych ludzi, zarówno świątecznych, jak i sylwestrowych.
Nowy rok przypomniał mi jak któregoś roku, przyszła do nas w odwiedziny sąsiadka, ledwie przekroczyła próg chałupy, a już zaczęła garściami sypać zboże po kuchni i wołała "niech Wam się darzy w domu i w oborze na ten nowy rok", z przerażeniem patrzyłam jak ziarna owsa rozsypują się po kuchni wpadając we wszystkie szpary drewnianej podłogi i pomyślałam sobie, że myszy w tym roku na pewno będą miały co jeść, jeszcze na wiosnę znajdowałam te owsiane życzenia w różnych zakamarkach kuchni. Tak dawniej odwiedzano się w chałupach i składano sobie noworoczne życzenia, zakrapiając je kieliszeczkiem gorzałki.
Przed którymiś świętami, jeszcze jak przyjeżdżaliśmy tu na weekendy, wysłałam dzieci mojej siostry do sąsiada, żeby pożyczył nam mikser. Wtedy jeszcze nie miałam w chałupie wielu potrzebnych w kuchni sprzętów. Minął jakiś czas, przychodzą dzieciaki i dzierżą w rękach jakiś dziwny drewniany przedmiot, popatrzyłam i oczom uwierzyć nie mogłam, zapytałam co, to ma być? Na to Marta-córka siostry, odpowiedziała mi, iż pan Bronek powiedział, że to jest mikser wiejski i innego nie ma. Co było robić ukręciłyśmy ciasto przy pomocy tego drapaka i muszę powiedzieć, że pyszne było. Zaintrygowało mnie to jednak bardzo, z czego się takie wiejskie miksery robi i dalejże do Bronka na spytki, a musicie wiedzieć, że lubił on opowiedać o tym jak to drzewiej bywało. Tak więc, każdego roku przed świętami szło się do lasu, by wybrać najpiekniejszą choinkę, którą ustawiało się w białej izbie i pięknie ubierało we własnoręcznie zrobione ozdoby, jabłka i orzechy, stała sobie ta panna zielona, a kiedy przyszedł czas na jej wyniesienie, ucinało się jej czubek i z niego właśnie po dokładnym ostruganiu z kory powstawały wiejskie miksery, czyli rogolki. W zależności od tego jak duże drzewko było, tak i rogolka, albo większa, albo mniejsza wychodziła. Teraz i my co roku z czubka naszego świątecznego drzewka robimy takie rogolki, to znaczy Tomek struga i dopieszcza, mamy ich już tyle, ile lat tu mieszkamy i jedną tą dostaną od Bronka, bo oddawać jej nie kazał. Już niedługo dołączy do nich tegoroczna.





Ostatnie dni starego roku przyniosły mi dobre wieści. Któregoś dnia dzwoni do mnie moja córka Marika i pyta, co robię. We mnie czujność wzbiera, bowiem jak ona tak zaczyna rozmowę, znaczy coś się kroi i nie myliłam się, po chwili słyszę w słuchawce - "Mamo jestem w ciąży", czyli będę babcią! Stary rok kończy nam się ciążami kózek i dzieci, czyli nowy obdarzy nas nowym życiem.
Dziękuję Wam za tyle miłych słów, życzeń, za to, że tu zaglądacie i dajecie siłę i wiarę w to, co robię. Pozdrawiam serdecznie: Stasię, Halinkę, Alinkę, Monikę, Andrzeja, Edytę, Sylwię, Irka, Krzyśka, dziękuje Wam za ten wspólny czas.


sobota, 24 grudnia 2011

Magiczny czas...


Magiczny czas, nieuchwytne chwile radości, ciepła rodzinnego i tego czegoś, co trudno nazwać słowami. Tego wszystkiego życzę Wam na te święta, bardzo Wam dziękuję za tyle komentarzy pod poprzednim postem. Teraz dla mnie zapracowany czas, więc nie wiem, kiedy znowu tu wrócę, zatem do zobaczenia i jeszcze raz bardzo dziękuję.








"Tak nie wiele", słowa tej piosenki śpiewanej przez moją przyjaciółkę, siostrę od serca mówią wszystko, więc jeżeli macie chwileczkę czasu posłuchajcie.




poniedziałek, 12 grudnia 2011

Z myśli poskładane



Ten post będzie wielowątkowy, bo jak sam tytuł mówi,  muszę w trakcie jego pisania poskładać myśli, które od paru dni kłębią mi się w głowie. Tak na początek chciałabym pokazać Wam, jak wyglądało święto w Lanckoronie "Anioł w miasteczku".  Raz do roku właśnie w grudniu na Lanckoroński rynek przybywają zarówno Anioły, jak i Diabły. Odbywa się wtedy kiermasz, na którym można kupić przeróżne cuda.Lanckorona to urokliwe miasteczko, przepięknie położone, rozciągają się stąd bajkowe widoki na góry, Lanckoronie poświęcę jeszcze oddzielny post, dzisiaj chciałam Wam króciutko pokazać święto Anioła.






























Wracając do moich nieposkładanych myśli. Od paru dni, jako, że czas przedświąteczny, w naszej chałupie pachnie piernikami, suszonymi pomarańczami i jabłkami, te właśnie zapachy powodują, że moje myśli biegną sobie gdzieś wstecz i wyłaniają z zakamarków pamięci wiele wspomnień i obrazów. Ten rok jest dla nas wyjątkowy i rzec by można przełomowy, jest to rok, który tak na dobre wskazał nam kierunek, w którym zamierzamy podążać, rok zmian, postanowień, rok pisania bloga.
Jak to z Jaworzynami i chałupą było wszyscy już wiedzą, ale za to Jolinkowo narodziło się niedawno, zaledwie dwa lata temu, a tak na poważnie i z pełnym rozmachem jest to pierwszy rok naszego Jolinkowa, z kózkami i planami na przyszłość. Kupując ten dom i przenosząc się na Jaworzyny, nie zakładaliśmy prowadzenia agroturystyki, ja miałam swoją prace, którą wykonywałam przez internet, Tomek takowoż. Żyliśmy sobie więc, powolutku remontując to nasze szczęście i jakoś wiązaliśmy koniec z końcem, ja dużo czasu poświęcałam ogrodowi, bo okrutnie lubię tą robotę. Życie niestety lubi nas zaskakiwać i pewnego dnia zostałam bez pracy.


Czego ja nie robiłam żeby tylko zostać na tych moich Jaworzynach, imałam się dosłownie każdej roboty, niczym "tonący brzytwy". Nasz sąsiad od dawna szukał kogoś, kto zajmie się koszeniem jego ogrodu, nie wahałam się ani chwili i tak przez dwa sezony, raz w tygodniu zasuwałam za kosiarką kosząc działkę nachyloną pod dużym kątem, mięśnie rąk i nóg miałam niczym po najlepszej siłowni, a opaleniznę rodem z Lazurowego Wybrzeża, myślałam nawet o założeniu własnej firmy obsługującej okoliczne ogrody. Tomek usiłował nauczyć mnie swojego fachu, czyli składu i łamania książek. Matko Jedyna ślęczałam przy komputerze starając się rozgryźć wszystkie tajniki tego rzemiosła i muszę Wam powiedzieć, że wyć mi się chciało, tak mi to strasznie nie szło.







Pierniki, właśnie to ten zapach sprowokował moje nieposkładane myśli. Dwa lata temu, tak gdzieś na początku grudnia, upiekłam sobie piernikową chatkę, całe popołudnie ją składałam i ozdabiałam. Wieczorem usiadłam i patrząc na to moje "dzieło", pomyślałam sobie, że może by tak zawieźć ją do sklepu na dół, a nóż znajdą się chętni na takie piernikowe szaleństwo. Nie mówiąc nic Tomkowi i jednocześnie nie wiążąc z tym faktem wielkich nadziei, zawiozłam domek na dół, pani Ala postawiła go w widocznym miejscu i powiedziała, że jak ktoś będzie chciał zamówić, zadzwoni do mnie. Tego dnia pojechałam do Krakowa, do mojej przyjaciółki i miałam zostać u niej na noc. Wieczorem, zadzwonił do mnie zdezorientowany Tomek z wiadomością, że pani Ala zamawia jakieś domki z piernika, a on nie wie o co chodzi. Radość moja była ogromna, natychmiast wróciłam na Jaworzyny i od tego momentu nasz dom zamienił się cały w chatkę z piernika. Od rana do wieczora piekłam piernikowe domki, łuskałam orzechy, mieszałam zaprawę lukrową i projektowałam, niczym szalony architekt. Każdy, kto przekraczał próg domu, natychmiast był angażowany do jakiejś czarnej roboty, a zapach korzeni i cynamonu na długo wypełnił każdy zakamarek domu.









Nasz dom zawsze tętnił życiem, ciągle ktoś przyjeżdżał lub wyjeżdżał, przyjaciele, przyjaciele przyjaciół, szukający ukojenia dla zszarganych nerwów i złamanych serc. Bywało i tak, że ktoś wpadł na chwilę, a został na całe życie, tak jak Gosia, to ona wymyśliła Jolinkowo i na któreś święta zjawiła się z piękną starą dechą, na której widniał napis "Jolinkowo fabryka aniołów", Maciek, Maja, Dorota, Anita, Magda i wielu, wielu innych, ten dom posiada dar przygarniania ludzkich dusz.






Tak więc miotałam się na prawo i lewo, wymyślałam wciąż nowe sposoby zarobienia jakichś pieniędzy, miewałam straszne doły, aż w końcu postanowiliśmy, że spróbujemy po prostu przyjmować Gości i tak zostałam rolnikiem i powstało Jolinkowo, a w ślad za nim mój blog, żebym mogła zanudzać Was moimi nieposkładanymi myślami. Jak mieli przyjechać pierwsi Goście byłam w takim stresie, że mało brakowało, a uciekłabym w lasy i knieje, zostawiając Tomka na posterunku. Teraz mogę spokojnie powiedzieć, że nie zamieniłabym tego zajęcia na żadne inne, po prostu robię, to, co lubię, zajmuję się domem, zwierzętami, mam te swoje Jaworzyny, a jednocześnie poznaję wspaniałych ludzi, skłamałabym pisząc, że jest to tylko łatwe, lekkie i przyjemne, bywa też stresujące i męczące, każdy medal ma dwie strony, tak jak i piernik zresztą. Mam nadzieję, że jakoś udało mi się stworzyć coś z tych rozbieganych myśli, chociaż odnoszę wrażenie, że one wciąż gdzieś gnają i nie dają się tak łatwo okiełznać, dlatego może zakończę już to nieposkładane pisanie, bo mi się nowe wątki namnożą, ale zanim to uczynię chciałabym jeszcze Wam coś zaproponować. Jak już wspominałam w styczniu minie rok pisania mojego bloga (wszelkie skargi i zażalenia proszę kierować do mojej jedynej córci Mariki i jej męża Jarka, bo to oni są sprawcami powyższego faktu) długo myślałam jakby uczcić ten dzień, bo jest on dla mnie wyjątkowy. Upiekłam ciasteczka, ale myślę, że to nie wystarczy, jesteśmy ich fanami, są to wyjątkowe ciasteczka, które pieczemy według pilnie strzeżonego przepisu Tomka Babci, jeżeli będą chętni, podzielę się nim.





 Dlatego, bardzo proszę wszystkich zainteresowanych weekendowym pobytem w Jolinkowie dla dwóch osób o pozostawienie komentarza pod tym postem wyrażającego takową chęć. Spośród Was wylosujemy w sposób magiczny, osoby, które będą naszymi Gośćmi, termin pobytu ustalimy z wygranymi po losowaniu. Zatem przemyślcie wszystkie za i przeciw i zapraszamy do zderzenia wirtualności z rzeczywistością. A teraz już zmykam, bo myśli gnają niebezpiecznie. Ano, ano, każdy z Was, nawet osoby nie posiadające bloga, może zostawić swój komentarz, losowanie odbędzie się w dniu napisania mojego pierwszego nieśmiałego posta 12 stycznia.














Ciasteczka Babci Zosi
80 dag mąki
1 i pół kostki masła
pół kostki smalcu
5 łyżek cukru pudru
4 żółtka
2 łyżki śmietany
Lukier
4 białka
2, do 2 i pół szklanki cukru-zwykłego
cukier waniliowy
makutra
dobra pałka do ucierania :)

Z powyższych składników zagniatamy ciasto, jak na makaron, można dodać więcej śmietany, jeżeli nie będzie się chciało zagnieść. Rozwałkowujemy na stolnicy - naszym zdaniem im cieńsze, tym lepsze. Kieliszkiem do wódki (wcześniej ją wypiwszy :) wykrawamy ciasteczka, może być foremka do ciasteczek o dowolnym kształcie, byle rozmiarem zbliżona do kieliszka. Ja tym razem użyłam gwiazdki i wyszły super. W czasie jak my zagniatamy ciasto, z białek i cukru jakaś silna ręka uciera lukier, nic nie kombinujemy na skróty, żaden mikser, po prostu makutra, drewniana pałka i silne ręce. Lukier ma być gęsty, taki żeby nie spadał z noża. Można dodać więcej cukru jeżeli jest za rzadki. Na każde ciasteczko nakładamy nożem, bądź szprycą cukierniczą lukier i do piekarnika nagrzanego do 180 stopni, pieczemy tak do 15 minut, można zaglądać, żeby ocenić stan upieczenia. Ciasteczka są pracochłonne, najlepiej robi się je na cztery ręce, mnie samej ich upieczenie zajmuje 2 do 3 godzin, nie zapomniałam tu nie dajemy żadnego proszku do pieczenia i ważne jest, żeby ciasteczka były małe, tak na raz do buzi, ponieważ są bardzo kruche i rozgryzanie ich kończy się pokruszeniem, jeżeli lubicie smak bezy połączony z kruchym spodem, będziecie zachwyceni. Babcia ma już ponad 90 lat, to i przepis też nie młody.