wtorek, 29 lipca 2014

Ludzie...

Zdjęcie użytkownika Marcin Sroka.


https://www.facebook.com/media/set/?set=a.811230815562515&type=1
Aśka i Marcin, przyjechali, narozrabiali  fotograficznie i nie tylko. Ludzie..wierzcie lub nie, sama nie wiem skąd Oni się biorą. Jedno jest pewne to dzięki takim Jak Oni jeszcze tu jestem.





Marcin i Asia, zeszły rok..montaż Asia, film Marcin..Jakbyście przez te kilka dni poznali zakamarki mojej duszy.
Dziękuje, ja i moje zwierzęta. Walczymy...
https://www.youtube.com/watch?v=fkC9L-B9Q2E

poniedziałek, 28 lipca 2014

Ludzie cdn.




Pamiętacie Kasie i Leszka Ghttps://Kasia i leszekwww.facebook.com/pages/G%C3%B3rna-Chata/544191872282747?fref=photoórnych, tych co to w Bieszczadach mieszkali. Teraz mieszkają niedaleczko mnie w Gorcach. Właśnie otwierają dla gości swoje drzwi. Zajrzyjcie do nich jak pięknie wszystko urządzili. Napracowali się, naczarowali. Sądzę że warto było. Stworzyli i nadal tworzą swoje miejsce na ziemi. To zdjęcie ukradłam z kasinego bloga :) po więcej odsyłam Was do Niej. Pozdrowienia przesyłam z mojego jolinkowa. O ludziach jeszcze napiszę :))) dziękuję...

wtorek, 22 lipca 2014

Ludzie...

Jakiś czas temu miała przyjechać do mnie pewna osoba. Oglądacie  "Na wspólnej"? Ja nie, bo nie mam telewizora, ale jeszcze za starych krakowskich czasów znałam pewną Olę z tego serialu. Ło matko kochana pomyślałam sobie. Znajomi zaczęli mnie straszyć.
- Zobaczysz to gwiazda, nieprzyjemna, ciągle naburmuszona brrr...Poczytaj sobie w internecie, na Pudelku czy innych tego typu stronach. Nie powiem stracha miałam że lepiej nie mówić. Poczytałam, zadumałam się..
- Jakoś to przeżyję. Myślałam.
- Pamiętaj nie daj się tej gwiazdeczce.
Podtrzymywali na duchu znajomi.
Wybiła godzina zero. Przyjechała. Marta..Marta Wierzbicka. Przyjechała i podbiła moje serce swoją naturalną dziewczęcością, miłością do zwierząt, naturalnością, taka sobie zwyczajna Marta. Tak sobie myślę że bardzo trudno Marcie być po prostu Martą, a nam jakże łatwo oceniać, uprzedzać się, przyjmować za pewnik coś czego sami nie sprawdziliśmy.









Marta...sami oceńcie, czy Ona jest naburmuszoną Gwiazdą.

czwartek, 17 lipca 2014

jolinkowo...































W jolinkowie duże zmiany, wiele pracy. Dzień goni dzień. Świt mnie budzi pianiem koguta, noc żegna..ale jestem szczęśliwa. Przybywa mi domowników, Walduś czuje sie świetnie. Najbardziej bałam się tego że nie przeżyje ani jednego dnia z tymi moimi zwariowanymi psami. Jak zabierałam go spod sklepu Waldi Lewiatan gdzie ktoś go po prostu podrzucił byłam pełna obaw, myślałam że nie ma szans żeby Fiona, Słonina
i Bekon zaakceptowali tego małego czarnego kota. Myliłam się. Fiona wręcz zakochała się w Waldusiu, obserwuje go bacznie i matkuje mu.
Słoninka chyba się go boi, Bekon chce się bawić, a Walduś..Walduś nic sobie nie robi z tego psiego towarzystwa, beszczelnie panoszy się po domu jakby chciał im powiedzieć.
- Widzicie nie boje się was, jestem Walduś i mieszkam w tej chałupie, w jolinkowie tak jak wy :)
Całymi dniami śpi w koszyku na piecu, a wieczorem rozrabia jak pijany zając w kapuście :) Już złowił pierwszą myszkę - ten Walduś, taki 
malutki kotek. Są pierwsze straty :) przewrócona lampa, stłuczona żarówka, ale co tam. Mam nadzieje że Walduś wyrośnie na Waldka i skończą sie kocie harce. Kury jajka niosą. Ta kwoka co to ją w prezencie dostałam wysiedziała dwa kurczaki w Wielki Piątek się wykluły i gdyby nie moi goście Karolina, Tomek i ich syn Tymek nie wiedziałabym co z nimi zrobić. Tak więc z trzynastu jaj wykluło  się 5. Trzy nie przeżyły, nie zdążyły nawet zostać pisklakami. Mam już teraz kogucika i kurkę z tych pisklaków. A kwoka wierzcie lub nie od pięciu dni znowu
siedzi na jajkach. Nie miałam siły z nią walczyć: zabierać jej jajka, przeganiać, wiązać - a niech sobie siedzi na zdrowie. Zobaczymy co z tego wyniknie.
Zmiany.. Cóż sami nie wiemy co życie nam jeszcze przyniesie.
Fidel. Oj dużo z nim ostatnio kłopotów. W tamtym roku gdzieś tak na wiosnę kozioł nagle dostał strasznego kataru. Ciężko oddychał, męczył
się. Weterynarz jeden, drugi, badania, antybiotyki -nic nie pomogło. Trwało to tak od lutego do lipca i nagle spokój. Zosia i Janusz których prosiłam o radę sugerowali mi alergię. Próbowałam dawać mu loratadynę - na nic. W tym roku od wiosny to samo. Niestety z dużo większym nasileniem, kozioł ciężko oddychał, był apatyczny, nie jadł. Serce się kroiło.. Pewnego ciepłego dnia Fidel dostał krwotoku z nosa. Myślałam że to jego koniec. Oczywiście żaden weterynarz nie mógł przyjechać. Gdyby nie było u mnie mojej córki Mariki nie wiem jak bym sobie poradziła. Udało się zatamować krwotok zimnymi okładami. Poszukiwania witaminy k w zastrzyku spełzły na niczym - nawet w Krakowie nie było. Bardzo mnie ten Fidel martwił. Przyjechała do mnie Helena - lekarz ogólny i ta oto Helena, posłuchała Fidela, obejrzała. Najpierw posłuchała Lutka żeby zobaczyć jak brzmi zdrowa koza:) Stwierdziła że u  Fidela w oskrzelach gra jak na organach, ewidentnie jest coś nie tak.
Zaczęła drążyć, dzwonić do zaprzyjaźnionych weterynarzy, dociekać szukać i znalazła..Helena.. Prawdopodobnie Fidel jest uczulony na leszczynę, która pyli właśnie już od lutego. Teraz mój kozioł miewa się świetnie. Znowu je, bryka i jest wesoły, trzeba będzie w przyszłym roku zadziałać jakoś.
Helenko dzięki wielkie
Zmiany i ludzie. To dzięki nim dzieje się w jolinkowie. Znacie portal Polak Potrafi? Ja też nie znałam. Nie miałam pojęcia co to takiego. To
właśnie moi goście-Przyjaciele powiedzieli mi o nim, to Oni przekonali mnie że warto spróbować powalczyć o dom dla moich kóz. Więc walczymy napracowali się bardzo, przygotowali projekt, nagrody. Włożyli w to wiele pracy, zaangażowali się tak jakby robili to dla siebie. Właśnie ruszyliśmy. Michał, Marcin, Asia, Magda, Ania, Karina, Sebastian i wszyscy którzy nas już wsparli. To oni budują dom dla moich kóz. Ludzie...:))
Pozdrawiam Was z mojego jolinkowa, dziękuję za maile i komentarze i zobaczymy co nam czas przyniesie.
Wrzucam zdjęcia moich rumuńskich gości.


http://polakpotrafi.pl/projekt/kozy-karpackie#.U8VMuENu6G8.facebook

jola










niedziela, 6 lipca 2014

Co tam Panie w polityce...

Chińczycy trzymają się mocno...
Nie było mnie tu dawno. Dużo by gadać, dnia by nie starczyło a może i nocy. Kurczaki trzymają się mocno. Jajka niosą, wszystkie stawiają się w kurniku wieczorową porą. Dziwi mnie to niepomiernie jakie te kury sprytne są. Po południu otwieram im zagródkę żeby sobie pochodziły, podziobały. Wieczorem stawiają się i zasiadają na grzędach w rynsztuku niczym wyszkoleni żoładacy. Kury..niby zwykłe, a jednak jestem pełna podziwu dla ich zorganizowania..aa kogut to On wiedzie prym. Wierzcie lub nie Kogut pilnuje porządku w kurniku i w obejściu. Sprawdza kontroluje, zawsze czujny, zawsze gotowy. Kogut. Niedawno ktoś mi powiedział że mój kogut, którego Ten ktoś nazwał Kleofas wzbudza w nim poczucie szczęścia..taki powrót do czegoś co minęło..co trwa we wspomnieniach, w snach..w zakamarkach dziecinnych wspomnień..
Klefoas-kogut...
Pieje...
Psy..
Kozy..
I jeszcze ktoś. Zjawił się niespodziewanie. Taki tajemniczy gość. Niechciany..Walduś..
Gdyby zjawił się wcześniej nie mogłabym go przygarnąć..Walduś..
Kozy
Kury..ii
Walduś..







 
 
 
Chińczycy trzymają się mocno...
Walduś mruczy na mojej klawiaturze. Pozdrawiam Was pracowicie. Byle do napisania
jola
 

czwartek, 10 kwietnia 2014

Jak to z Heleną było

Zeszłego roku jakoś tak na wiosnę zadzwonił do mnie jakiś pan z zapytaniem czy mamy do sprzedania kózki karpackie. Niestety Maja razem z jej córkami była już przyobiecana tak więc powiedziałam że niestety nie mamy kózek, ale mamy koziołka. Pan niewiele myśląc powiedział że bierze naszego Księciunia. Bardzo dobrze mi się z nim rozmawiało. Dowiedziałam się że wiele lat był w Stanach ale teraz na stałe wraca do Polski i chciałby mieć kózki - właśnie karpackie. Okazało się, że jego rodzinny dom jest rzut kamieniem od nas za górami w Kamienicy. Tym bardziej się ucieszyłam że Księciunio trafi w dobre ręce i będzie niedaleczko. Andrzej - tak miał na imię ów pan, zjawił się u nas z początkiem czerwca. Rada w radę uradziliśmy, że można by pojechać po kózki do Załusek skąd przyjechała nasza Hrabianka. Ponieważ Kasia i Leszek Górni też chcieli kózki za jednym zamachem można przywieźć też dla nich. Andrzej poprosił Tomka żeby z nim pojechał, a ten jak się domyślacie nie zastanawiał się długo. Tak więc pewnego dnia skoro świt obaj panowie wyruszyli w czterystukilometrową podróż do Pana Krzysztofa. Przywieźli dwie kózki do Górnej Chaty i trzy dla Andrzeja. Czas płynął, lato powolutku ustępowało miejsca jesieni. Któregoś dnia zadzwonił Andrzej i zapytał czy nie mielibyśmy kogoś kto by mu jego kózki przechował do wiosny bo niestety musi wracać do Stanów. Choćbyśmy chcieli nie mogliśmy przyjąć trzech kózek i Księciunia pod swój dach - po prostu nie mamy na to miejsca. Szczęśliwie się złożyło że przyjechał do nas - raczej do Fidela :) ze swoją kózką karpacką nasz znajomy spod Krakowa i okazało się że może Andrzejowi kózki przechować. Panowie się dogadali, Andrzej kózki miał zabrać w marcu, a trzeba Wam wiedzieć że wszystkie były już pokryte przez Księciunia - czyli na wiosnę miały zacząć się wykoty. Tak jak lato ustąpiło jesieni, tak i zima minęła jak z bicza trzasł. Pewnego dnia sprawdzam pocztę, a tu mail od Andrzeja ze Stanów. Pisze w nim, że niestety nie wraca. Trzeba znaleźć kózkom, Księiuniowi i koźlakom które się wykociły nowe domy. Jedną z nich właśnie Helenę daje mi w prezencie. Bardzo się ucieszyłam, ale i zarazem zmartwiłam, nie miałam miejsca dla Helenki. Wszystkie kózki pooddzielane z maluchami, nie było wolnego boksu. W tym czasie byli u mnie moi goście, pokrewne dusze Karina i Sebastian.
- Co ja mam teraz zrobić? Pytałam sama siebie.
- Jak to co? Odpowiedział Sebastian. Raz dwa dobudujemy nowy boks dla Helenki.
Jak powiedział tak zrobił. Trzeba Wam wiedzieć, że to niezwykły młody człowiek. Głowa pełna pomysłów, robota w rękach mu się pali. Nawet się nie obejrzałam a już boks dla kózki był gotowy. Gospodarz z niego nie lada, a i Karina w niczym mu nie ustępuje. To wielkie szczęście mieć takich ludzi za przyjaciół, móc na nich liczyć, wiedzieć że choć są daleko, myślami jakby na wyciągnięcie ręki. Tak więc jeszcze raz za pośrednictwem bloga wielkie dzięki Seba, Karina i oczywiście nie mogę zapomnieć o Larsonie pożeraczu piłeczek tenisowych.
Helenka przybyła do jolinkowa i zamieszkała w nowym boksie tuż obok Hrabianki która nieustannie wali rogami w drzwiczki jakby chciała powiedzieć Helence.
- Pamiętaj, ja tu rządzę.
Oj dzieje się ostatnio u mnie, mam wrażenie, że sama za tym nie nadążam.
Pewnego dnia zadzwonił ten znajomy który Andrzejowi kózki przechowywał. Na swoim ranczo ma różne zwierzęta: kózki, daniele, owce, kury i diabli wiedzą co jeszcze.
- Cześć, wiesz tak sobie pomyślałem, że to wstyd żebyś ty po wsi latała jajka kupować, szykuj kurnik daje ci w prezencie kilka kurek.
- Ale...hmmm...zatkało mnie na chwilkę. Człowieku ja nie mam ich gdzie dać.
- To kombinuj dziewczyno, kury czekają. Powiedział i rozłączył się.
Zaczęłam się nad tym zastanawiać i stwierdziłam, że ma chłop rację. Przymierzałam się do tych kur, myślałam, ale do tej pory nic z tego myślenia nie wynikało. A tu masz ci babo kury z nieba lecą, to i kurnik trza wymyślić. Wymyśliłam. Kurnik już jest, trzeba go tylko jeszcze ogrodzić żeby kurki miały wybieg. Zanim ten kurnik wymyśliłam pojechałam do onego zwariowanego znajomego w odwiedziny żeby to jego ranczo zobaczyć. Pooprowadzał mnie, pokazał wszyściutko. Piknie. Zwierzyny wszelakiej dookoła mnóstwo i mój Księciunio. Wyrósł na pięknego kozła. Przymilny, łazi za człowiekiem niczym pies. Ano, ano zapomniałam jeszcze Wam powiedzieć że dla pozostałych dwóch Andrzejowych kózek też znalazłam domy. Jedna z koziołkiem i kózką jest na dole w Zawadce. Prościutko przez Groń i bukowy las trzeba iść i można ją tam spotkać. Druga z koziołkiem i moim już nie..moim Ksieciuniem pojedzie w Bieszczady do znajomych Kasi i Leszka z Górnej Chaty.
No pora wrócić na ranczo, bo mi wątek uciekł. Tak więc Krzysztof - tak ma na imię ów znajomy poprowadził mnie do szopy, wręczył pudło w którym siedziała piękna ruda kwoka i powiedział.
- 5 dzień siedzi już na trzynastu jajach, zabieraj ją przecież nie będę się opiekował twoją kwoką.
- Moją co..kwoką?! Co ja mam z nią zrobić? Zapytałam
- Ona sama wszystko zrobi. Ty masz dać jej święty spokój, jedzenie i wodę, a za kilka tygodni wyklują się pisklęta.
Zostałam postawiona przed kwoką dokonaną. To taki bonus do tych kur które już w sobotę przybędą do jolinkowa. Żebyście mnie z tą kurą widzieli. Krzysiek zapakował mi ją do wielkiej metalowej klatki która nijak do bagażnika wejść nie chciała bo był załadowany kurnikiem, raczej jego elementami. Klatka wylądowała na siedzeniu pasażera, kwoka w pudełku w bagażniku pod onymi kurnikowymi akcesoriami. Jechałam do domu z duszą na ramieniu. W bocznym lusterku widziałam klatkę na kurę zamiast drogi. We wstecznym elementy kurnika. Ciemno się zrobiło, modliłam się żeby jakoś szczęśliwie wrócić. Udało się dotarłam. Najpierw trzeba było do kóz gnać - obrządzić, ugłaskać psy szczęśliwe z mojego powrotu. Na samym końcu w tajemnicy przed psami przetransportować ową kwokę i klatkę do stodoły. Siedzi ta kwoka murem już 16 dzień. Nigdzie się nie rusza, ja jej jedzonko i Wodę podtykam. Jak tylko ją pogłaszcze stroszy się i gdaka ostrzegawczo. Ostatnio poprosiłam sąsiadkę żeby zerknęła na tą moją kwokę czy wszystko z nią w porządku i usłyszałam, że nie wolno na niczyją kwokę patrzeć bo się pisklaki nie wyklują.
 - A ja mogę? Zapytałam.
- Pani może, bo to pani kwoka.
Ciekawe co z tego siedzenia wyniknie..a kurnik jeszcze nie gotowy. Ratunku, ja się kompletnie nie znam na  malutkich żółciutkich kurczaczkach.
Zdjęcia od Kariny "jolinkowo retro marcowe". Widoczny tajemniczy Don Pedro przy pracy nad helenkowym boksem.

Hela


 
 
 
 
 
Tajemniczy Don Pedro
 
 
 
 
 
Larson
 
 
 
To ja Heeeela
 
Kwoka
 
 
Gala i Helenka
 
 

Mój mały gość Michał i Bekon

 
 
Zatem pozdrawiam Was moi czytelnicy i do napisania, może się niedługo cuś wykluje :)