wtorek, 16 grudnia 2014

Tak niewiele nam potrzeba....

w ten czas...

.. warto wierzyć, mówię Wam, zobaczcie szczerość w "oknach cudzych źrenic" , uwierzcie w Mikołaja..ehhh ja uwierzyłam :)))))))
dziękuję
jola

niedziela, 14 grudnia 2014

Śladami Stasiuka..kucając...



Zobaczyłam tamtą lutową gwiaździstą noc mroźną jak cholera..Galę, Lutka. Nasz niepokój, czuwanie, ewakuacje. Kucając nad tym mokrym nowym życiem byliśmy przerażeni, chcieliśmy zrobić wszystko żeby było..

Kucając. A. Stasiuk.
Rodzą się, gdy jest zimno. W lutym albo na początku marca. Jest w tym pewien rodzaj obojętnego okrucieństwa. Na zewnątrz gwiaździsty mróz, a tam wśród czterech drewnianych i wcale nie najcieplejszych ścian przychodzi na świat coś tak kruchego. W dotyku jest zimne, bo pokryte błonami płodowymi, wydzielinami, resztkami tego poprzedniego życia, które było na poły życiem wodnym, a tutaj jest mróz i trochę strach, że zaraz zamarznie. Trzeba więc wziąść wiecheć siana, wytrzeć to, rozmasować, aż stanie się jako tako suche. Mimo, że nie zawsze jest się na miejscu, dają sobie jakoś radę. Zwłaszcza te tak zwane prymitywne rasy, pradawne, niezepsute hodowlą, zmieniającą dzikie zwierzę w wyrafinowany produkt, który bez człowieka już sobie nie poradzi.
No ale ten lutowy mróz zawsze sprowadzał coś w rodzaju obawy i współczucia. Dopóki nie pojechałem do Mongolii i nie zobaczyłem owczych zimowisk gdzieś na skraju Altan els - tej najdalszej na północ wysuniętej pustyni na Ziemi. To nawet nie były budynki, tylko zagrody z kamienia ukryte w zagłębieniach terenu, by chronić od północnych wiatrów ciągnących od Syberii. I zimowymi temperaturami oscylującymi w okolicy minus trzydziestu pięciu stopni.
Więc teraz się tak nie przejmuję. Wycieram tym wiechciem i sprawdzam, czy stają na nogi. A nogi mają największe, nieproporcjonalnie długie, na zapas, bo przecież to będzie jedyna broń tych stworzeń, dosć bezbronnych. Czasem z tym wstawaniem się ociągają, bo słabe, bo ciut za wcześnie, bo życie się jeszcze nie rozpaliło i trzeba pomagać: przede wszystkim pokazać drogę do maminego cycka. Podstawić cycek pod nos, wetknąć do pyszczka, przytrzymać. Bo cycek rzecz najważniejsza. Właściwie jak się zastanowić, to reszty matki mogłoby nie być. Tylko ten obrzmiały, gorący cyc, pełen mleka. W porównaniu z taką na przykład kozą owca ma go mniej, ale jest za to tłustsze, gęstsze, słodsze i w istocie nie przypomina w smaku mleka, tylko jakiś wyrafinowany deser. Może przypomina samo życie, jego esencję? I gdy już ta ciepła maszyneria ruszy, gdy to spłaszczone jak ryba, długonogie i - na pierwszy rzut oka - całkiem niudane jagnię dopadnie źródła, to raczej możemy być spokojni: będzie żyło.
I to jak! Coraz bardziej. Z dnia na dzień coraz mocniej. Zaraz spęcznieje, zaokrągli się, nabierze masywnej cielesności. Żeby ssać, będzie bodło bezlitośnie cyca w tym swoim jagnięcym przyklęku i merdając na boki współbezwładnym, zwisającym jagnięcym ogonkiem. Pięć merdnięć i z byka w wymię, pięć merdnięć i znowu brutalny masaż, żeby lepiej płynęło do pyszczka. To ciało tak wątłe na początku, takie jakieś ledwo spojone, rozlazłe, po dwóch, trzech tygodniach zamienia się w cielesną kulę. W mięsny pocisk. Toczy się, turla, rwie do przodu, pokryte młodą, delikatną wełną, odbija się tylnimi nogami, wykonuje piruety i salta na przednich. W chwilach absolutnego owczego szczęścia w idiotycznie komiczny sposób wybija się ze wszystkich czterech i niczym na sprężynach podąża w baranią dal. Wystarczy pogodny dzień i trochę słońca. Ponieważ owce są w tym względzie całkiem jak ludzie.
Tej zimy przybyły trzy i wszystkie są czarne. Zachodzę do nich częściej, niż nakazywałby owczarski obowiązek, i po prostu patrzę. Emil Cioran napisał kiedyś, że zamiast wciąż obłędnie i na wyprzódki się cywilizować, "powinniśmy zawszeni i pogodni kucać w cieple zwierząt", albo jakoś podobnie. Czytam wyrafinowanych filozofów, ale potrafię ich nauki przyjąć jedynie prostodusznie i bezpośrednio. Idę więc i kucam. Czekam, aż się zbliżą i poczują mój obcy, ludzki, ale przecież znany zapach. Aż zapomną na chwilę o nieufności, dzięki której żyją, i podejdą w zasięg dotyku. Teraz ja wciągam w nozdrza ich woń. W ciepłe, suche dni jest ostra, wyrazista i odurza. Jest w niej coś dalekiego i archaicznego. Jest to co utraciliśmy dawno i na zawsze.
Kiedys zabłądziliśmy nocą na Gobi. W ciagu paru chwil zrobiło się absolutnie ciemno. Do obozu mieliśmy parę kilometrów. Nie było ani iskry, ani światełka - nic. Szedłem przed siebie i wąchałem mrok. Myślałem: cóż, najwyżej zwiniemy się kłębek i doczekamy świtu. Ale wąchałem ciemność i w końcu poczułem tę przedwieczną woń zwierząt stojących pod gołym niebem, niby udomowionych,a le nie do końca. Za nitką zapachu po kilkunastu minutach dotarliśmy do jurty. Obok była zagroda dla bydląt. Pasterze pomogli nam dojść do naszej furgonetki i namiotów.
Tak więc kucam pogodny, rezygnując jednak z zawszenia, i wącham moje ministado. Pachniej jak tamto gobijskie. Pięknie, mocno i odurzająco. Człowiek - mówię to, starając się oczywiście naśladować ton Ciorana - powinien miec owce. Nie ocalą, nie uwolnią od samotności, ale mogą wskazać drogę w mroku. Niekoniecznie tym, w którym zmierzamy, ale w tym, z którego przyszliśmy.
Jedna nie jest całkiem czarna. Ma białą gwiazdkę na głowie.

Jest i są kolejne. Teraz jestem mądrzejsza o te kilka zim, kilka mokrych żyć...teraz jestem twardsza. Zrozumiałam, pogodziłam się, nauczyłam..ciągle się uczę. Przekraczam granice o których nie miałam pojęcia że są do przekroczenia, że będę musiała je przekraczać, że potrafię. Kocham i nienawidzę. Czasami zastanawiam się..Tydzień temu jeden z moich kogutów wylądował w rosole. Rosół był..hmmmm..takiego rosołu nie jadłam nigdy wcześniej. Kilka zim minęło, kilka wiosen. Teraz jestem gospodynią. Pamiętacie moje pierwsze kroki? Zawieruchy na blogu? Myślę że będzie ich jeszcze wiele. Zosię i Janusza? Moich pierwszych Nauczycieli? Za co co zawsze będę wdzięczna.
Jeżeli nie potraficie zjeść własnego koguta, nie myślcie o wsi, o kozach, owcach, kurach i innych temu podobnych. Zostańcie tam gdzie jesteście żebyście nie musieli przykucać nad tym mokrym życiem.
Pozdrawiam Was tak przedświątecznie, dziękuję. Mam do Was ogromną prośbę. Nagrody z Polak Potrafi ruszyły w Polskę, jeżeli przysłaliście mi swój adres i przed świętami nie dostaniecie przesyłki napiszcie do mnie.
Dziękuję mojej sąsiadce, Pani Śmietanowej. Nauka nie pójdzie w las. "Człowiek powinien mieć swoją owcę" Ja już mam..każdy z nas ma, albo będzie miał. Ważne jest żeby wskazywała Wam drogę do domu.
jola

środa, 12 listopada 2014

Pytanie na śniadanie

Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie pewna Pani, przedstawiła się. Powiedziała że jest z TVP2 Telewizji Polskiej. Powiedziała że czytali o mnie artykuł i zapytała czy mogłabym przyjechać do nich do studia w Warszawie, bowiem mają temat kobiet które zamieniły miasto na wieś. Odpowiedziałam że nie ma takiej opcji. Jestem tu sama nie mogę zostawić zwierząt. Wyprawa do Warszawy to dwa dni których niestety nie mam.
- To może moglibyśmy przyjechać i nagrać materiał?
- Zapraszam :))))
Przyjechali. Przesympatyczna ekipa wydelegowana z Krakowa. Trzy godziny kręcenia. Panu od dźwięku przeszkadzały moje warkoczyki smerające po mikrofonie :)))) Trzy godziny. Został z tego wycinek rzeczywistości. Jarek mąż mojej córki Mariki, czyli mój syn skoro może mówić do mnie mamo.. zadzwonił do mnie tuż po emisji i powiedział
-Sielanka, jak kiedyś jeszcze powiesz że jest ciężko, to nagram swoją wersję :)
Sielanka.

http://pytanienasniadanie.tvp.pl/17594010/porzucila-miejskie-zycie-i-wyprowadzila-sie-na-wies

wtorek, 4 listopada 2014

Halny od samiuśkich Tater

Wieje, porywa wszystko co spotyka na swojej drodze. Wiatr halny, suchy, porywisty, Zwiastuje zmianę pogody, bywa niebezpieczny. Nauczyłam się go, nauczyłam się jego podmuchów, trzeszczenia chałupy, nieprzespanej nocy. Za oknem huczy jak w piecu, jak to dobrze że przez te lata zaprzyjaźniłam się z halnym. Poznałam, dotknęłam - nie polubiłam. Trudno go polubić :) Halny od samiuśkich Tater. Huczy za oknem, wdziera się w każdą szparę. Nie straszne mu nawet potężne drzewa. Ta noc należy do niego. ..

 
 
Trzymajcie kciuki za miękkie lądowanie.
 
jola


niedziela, 2 listopada 2014

Dzieci, kozy. Rodzice..Przyjaciele i Marcin :)))))

 
Marta, Sławek, Marcelina, Wojtuś :))))) teraz to już Wojtek. Ten pierwszy raz to był Wojtuś.. no i jeszcze Nostra labradorka towarzyszka Bekona. Zjawili się dwa lata temu w lipcu, zjawili się tuż po pojawieniu się Bekona. Jak ja się bałam. Bekon pod stołem na werandzie przybłąda wychudzony do granic możliwości i nadjeżdżający goście z dziećmi i psem..Przyjechali. Pomyślałam niech się dzieje...Marta, Sławek, Marcelina, Wojtuś i Nostra.  Od progu działo się mówię Wam, działo się. Moje strachy odfrunęły gdzieś w przestworza. Nostra i Bekon miłość od pierwszego wejrzenia. Marta, Sławek. Marcelina i Wojtuś, wspólne pieczenie ciasta drożdżowego. Szukanie Bekona po nocy, pamiętacie? Marta, Sławek, Marcelina, Wojtek, Ola koleżanka Marceliny. Marcin i jego obiektyw. Polak Potrafi. Dziękuję Wam Ludziska Kochane. Dziękuję. Dzieje się i będzie się działo z taką energią płynącą od Was.

 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Z taką energią możemy góry przenosić, Dziękuję po raz setny i nie ma końca moich podziękowań. Wierzcie w Ludzi, dbajcie o Przyjaciół, otwierajcie drzwi...
jola

wtorek, 28 października 2014

W stronę słońca...

 
Kozy w Nowym Domu, kury w kurniku, Fiona, Słoninka, Bekon i Walduś w chałupie pod dobrą opieką, a ja ruszyłam w stronę słońca. Ten wyjazd zaplanowałam już dawno temu. Moja siostrzenica Marta brała ślub. Tą datę zapisałam w moim kalendarzu rok temu, zapisałam czerwonym flamastrem żeby nie zapomnieć. Nie mogłam zapomnieć, przegapić nie być...Marta dziecko, dziewczynka, nastolatka, kobieta. Marta...
Nie byłam w moich rodzinnych stronach wiele lat, sama się zastanawiałam ile lat minęło. Nie poznałam tego miasteczka, pogubiłam się. W pamięci szukałam znajomych miejsc..zapachu krochmalonej pościeli..drogi do szkoły..smaku klapsów prosto z sadu..okruchów dzieciństwa...Od wielu miesięcy każdego dnia moim całym światem był ten kawałek ziemi, moje Jaworzyny i to co mnie otacza i wydawało mi się że nie muszę się stąd ruszać dalej niż do Tokarni. Myliłam się..ehhh jak dobrze jest móc oddalić się, zachwycić innym krajobrazem, poczuć wiatr w skrzydłach, poznać dotknąć i wreszcie zatęsknić tak do bólu i móc wrócić do domu. Rośnie kolejne pokolenie i Wy Dzieciaki musicie dbać o nie. Marika, Karina, Marta, Dawid, Remik, Jacek, Witek, Marcin, Krzysiek, Gosia. Aniela i Kajtek.
Tuż przed moim wyjazdem odwiedziły mnie dwie niewiasty Ewa i Mariola. Rozmowy do późnej nocy mówię Wam ta noc była za krótka. Ewa Czarodziejka. Owce i jej zagroda na koloni, letnia kuchnia, filcowanie, Władzia. Baju..baju...
Okazało się że Ewa czaruje rzut kamieniem od mojej rodzinnej miejscowości. Jak mogłam to odpuścić, nie dotknąć, nie poczuć. Mariola dzięki wielkie za pilotowanie mnie przez Opoczno :)))
 Mariola gnała jak szalona ja za nią. Drogi, dróżki, ścieżki, kolonie, las. Domostwo.. Ewa a wokół niej owce. Ten obraz zapisał mi się pod powiekami. Ewa otoczona owcami i te bezkresne pola dookoła. Letnia kuchnia, kurnik, psy drzemiące pod piecem wieczorową porą..ranek. Jak okiem sięgniesz oszronione połacie pól i ta sama cisza...

 
 
 
 
 
 
 
 
Rzeczywiście dobrze jest móc spojrzeć na wszystko z innej strony, złapać oddech, rozejrzeć się..ehhh zatęsknić za Jaworzynami, Fioną, Słoniną, Bekonem, Waldusiem, Hrabianką, Galą, Fidelem, Lutkiem, Helenką. Dobrze jest poczuć że chcesz wracać...
Dziękuję Wam Dziewczyny Kochane. Ewa, Mariola, Iwona.
 
I Wy moi Czytelnicy ruszajcie w stronę słońca...
 
jola

 

wtorek, 21 października 2014

Finiszujemy

Wszystko zaczęło się tak gdzieś w czerwcu. Burza mózgów, rozmowy do rana. Kręcenie filmiku, pisanie projektu wrzucenie go do akceptacji na Polak Potrafi i poszło. Poszło. Muszę się Wam przyznać że nie wierzyłam że to się uda, że razem wybudujemy dom dla kóz, że kogokolwiek obchodzi ich los i taka jedna jolka co to z motyką na słońce się porwała. Nie wierzyłam, ale jak widać warto wierzyć, warto walczyć, warto mówię Wam..Choćby z motyką na słońce. Dokonaliśmy tego razem. Wybudowaliśmy Dom dla kóz. Jeszcze wiele pracy przede mną, najważniejsze że zdążyliśmy przed zimą, najważniejsze że na przekór wszystkiemu dokonaliśmy tego. Jeszcze raz dziękuję Wam najpiękniej jak umiem. Dziękuję Tym którzy kopali mnie w tyłek jak wątpiłam, Tym którzy dołączali się w trakcie trwania projektu. Spadali niczym Dobre Duchy gdzieś z nieba i dawali niesamowite wsparcie, walczyli jakby budowali ten Dom dla siebie. Kozy od kilku dni zamieszkały w nowym Domu, mówię Wam ehhh..co za radość, jak dobrze móc wstać rano i iść do nich, zobaczyć te rozmeeeeczane uśmiechnięte mordy :))))
Teraz przyszedł czas na rozliczenia. Z Polak Potrafi dostałam 23340,40 złote. Ruszyłam.
Wkroczyła koparka żeby przygotować teren pod budowę. Kosztowało to 2400 złoty.
Beton 2400
Tłuczeń 600 złoty
Skład budowalny - pustaki, piach, cement, gwoździe, śruby, zawiasy, wkręty, okucia, zapinki do dachówki, taśma do gąsiorów, zbrojenie do wylewki 3500
Drewno - deski, łaty na dach 4000
Robocizna 14300 złoty
Pianka do uszczelniania 500 złoty
Blacha do wykończenia dachu 800 złoty.
I wiele innych kotew, farmerów, gwoździ i wkrętów. Zawiasów. Suma summarum. Dom dla kóz kosztował 28000 złoty.
Założenie było takie żeby wybudowanie tego Domu było realne. Stąd pomysł przeniesienia tego co miałam czyli stodoły. Została ona rozebrana i przeniesiona na wcześniej przygotowaną wylewkę. Miejsca po wrotach obustronnych (takie są stodoły w moim rejonie) zostały zamurowane pustakami. Jeszcze nie wiem co z tym zrobię, albo zaszaluje deskami, co jest drogie, albo sama narzucę białym tynkiem. Więźba dachowa przeniesiona w całości dokupiłam łaty. Dachówkę rozbiórkową dostałam, musiałam tylko zorganizować transport z Krakowa i tu pomogli mi moi Przyjaciele, Tomek i sąsiedzi z Jaworzyn. Szczeliny między balami zostały zapiankowane (na mszenie nie byłoby mnie stać), od środka zabite deseczkami. Zewnętrzną stronę zrobię sama. Zatynkuje wapnem, piaskiem i wodą tak jak to zrobiłam w chałupie. Wrota (trzeba je jeszcze pięknie odmalować) wypatrzył i kupił na allegro za 100 złoty na aukcji charytatywnej mój Tajemniczy Don Pedro, przywiózł mój Przyjaciel Piotr. Na to wszystko trzeba jeszcze czasu i pracy. Myślę że nie zrobię tego przed zimą. Najważniejsze jest że kozy mają Dom, kosmetyką zajmę się na wiosnę.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Liście z drzew spadają masłem w górę. Kozy mają Dom, ja wiem że warto wierzyć, warto walczyć. Warto wierzyć w Ludzi. Życzę Wam żebyście na swojej drodze spotykali Dobre Duchy, żebyście nie wątpili w siebie, w to co Wam w duszy gra, żebyście spełniali marzenia nawet te które wydają się nierealne. Trzymam się wiatru, a te wiatry na Jaworzynach ehhh takie od Tater. Dziękuję i cóż to jeszcze nie koniec..jeszcze poczekajmy...
jola